B.7.1 Ale czy te klasy naprawdę istnieją?

  faq

A więc czy te klasy naprawdę istnieją, czy też są one układane
w wyobraźni anarchistów? Sam fakt, że w ogóle musimy rozważać
takie pytanie ukazuje, jak wszystko zostało przesiąknięte
propagandą klasy rządzącej, podejmującą wysiłki na rzecz stłumienia
świadomości klasowej, o której będziemy mówić dalej. Jednak
najpierw przeanalizujmy pewne badania statystyczne, biorąc jako
przykład Stany Zjednoczone (przede wszystkim dlatego, że rzadko
tam się mówi o klasach, chociaż klasa biznesmenów w tym kraju
ma bardzo silną świadomość klasową). Dowiadujemy się,
że w 1986 roku podział całkowitego dochodu narodowego wyglądał
następująco:

Jedna trzecia dochodu została przeznaczona dla dolnych 60%
społeczeństwa, jedna trzecia dla następnych 30%, a jedna
trzecia dla najwyższych 10%. Pod względem całkowitego majątku
narodowego, dolne 90% posiadało jedną trzecią, następna
trzecia część była w rękach kolejnych 9% ludności, a jedna
trzecia należała do szczytowego jednego procenta. Od tamtej
pory, 1% ludzi na szczytach zdołał zwiększyć swój udział do
40%, pokazując zatem, że linie podziałów klasowych ogromnie
się uszczelniły w ciągu minionego dziesięciolecia (patrz poniżej).

W roku 1983 najbogatsze pół procenta posiadało na własność
ponad 45% krajowych prywatnych zasobów netto. Obejmowało to 47%
wszystkich zgromadzonych papierów wartościowych, 62% obligacji
nie obciążonych zobowiązaniami podatkowymi i 77% wszystkich
depozytów. 60% spośród wszystkich amerykańskich rodzin
posiadało mienie warte mniej niż 5 tysięcy dolarów. Z tego połowa
miała mienie warte 2 300 $ albo mniej. W roku 1986 najwyższy 1
procent rodzin posiadał około 53% całkowitego majątku
przysparzającego dochodów. Tylko około 51 milionów Amerykanów
to bezpośredni właściciele papierów wartościowych lub udziałów
w funduszach powierniczych, co stanowi około 19% amerykańskiej
populacji, w której najwyższe 5% posiada 95% wszystkich udziałów.
Do najbogatszego 1% gospodarstw domowych (około dwóch milionów
dorosłych ludzi) należało 35% papierów wartościowych, będących
własnością osób fizycznych w 1992 roku, a szczytowe 10% miało
ponad 81% tychże papierów. Niższe 90% amerykańskiej populacji
ma mniejszy udział (23%) we wszystkich rodzajach kapitału
inwestycyjnego niż najbogatsza połowa procenta (która posiada
29%).

Stany Zjednoczone przewodzą uprzemysłowionemu światu pod
względem ubóstwa — w nędzy żyje tam 17% ludzi poniżej 18
roku życia i około 15% całkowitej populacji. 22% zarabia mniej
niż połowę tego, co zarabia obywatel znajdujący się w samym
środku hierarchii dochodów. Czterdzieści procent afroamerykańskich
dzieci żyło w ubóstwie w 1986 roku.

Wszystkie te fakty dowodzą, że klasy naprawdę istnieją, a
bogactwo i władza koncentrują się na szczytach społeczeństwa,
w rękach nielicznych.

Następujące liczby z Biura Spisów Ludności USA ukazują
tempo, w jakim polaryzacja bogactwa, a przez to usztywnianie
podziałów klasowych, postępowało w ciągu minionych
dwudziestu lat:

Procentowy udział całkowitych dochodów
gospodarstw domowych w kwintylach: 1974-1994

 

Najniższy Drugi Trzeci Czwarty Najwyższy Szczytowe 5%
1974: 4.3 10.6 17.0 24.6 43.5 16.5
1984: 4.0 9.9 16.3 24.6 45.2 17.1
1994: 3.6 8.9 15.0 23.4 49.1 21.2

 

Procentowy wzrost lub spadek od ’74 do ’94:

 

Najniższy kwintyl: -16%
Drugi kwintyl: -16%
Środkowy kwintyl: -11.7%
Czwarty kwintyl: -4.9%
Najwyższy kwintyl: +12.9%
Szczytowe 5%: +28.5%

 

W 1994 roku kontrast dochodów między szczytowym (49,1%) a
najniższym kwintylem (3,6%) był największym, jaki kiedykolwiek
zanotowano. Widać wyraźnie, że to nie tylko gospodarstwa
domowe z dolnych dwu piątych utraciły grunt pod nogami w ciągu
ostatnich dwudziestu lat, ale również ci ze środka. Zarobki
typowego pełnoetatowego pracownika spadły poniżej 300 dolarów
w 1993 roku. W rzeczywistości, jak można zauważyć w powyższych
tabelach, zdumiewający odsetek (80%) populacji pogarszał swoje
położenie, podczas gdy szczytowe 20% wzbogaciło się. Naprawdę
zaś ten rozkład jest jeszcze bardziej przegięty, ponieważ ze
wzrostu szczytowego kwintyla, wynoszącego 12,9%, aż 9,9%
przypadło górnym pięciu procentom.

Chociaż procentowy udział majątku posiadanego przez
najbogatsze jednostki i rodziny w Stanach Zjednoczonych wzrastał
stopniowo od połowy lat pięćdziesiątych, to tempo
koncentracji bogactwa na szczytach zostało przyśpieszone w
latach osiemdziesiątych znacznie bardziej, niż w jakimkolwiek
innym czasie, z którego mamy zapisy statystyczne. Według
sprawozdania New York Timesa, liczba miliarderów prawie
podwoiła się w 1986 — z czternastu do dwudziestu sześciu — w
ciągu jednego jedynego roku!

Na koncentracji bogactwa w ostatnich dwudziestu latach
zdecydowanie najbardziej zyskały rekiny finansowe. Nic więc
dziwnego, że amerykańscy politycy ostatnio wycofują się ze
swojej antyklasowej retoryki!

Odnotowany w ostatnich czasach wzrost polaryzacji majątkowej
ma miejsce częściowo wskutek coraz większej globalizacji
kapitału, która obniża płace w rozwiniętych krajach przemysłowych,
wciągając pracowników do konkurencji o posady z pracownikami z
Trzeciego Świata. To, w połączeniu z polityką ekonomicznego
„staczania się w dół” w postaci obniżania podatków
dla bogatych, podwyższania podatków dla klas pracujących,
utrzymywania „naturalnego” prawa bezrobocia (co osłabia
siłę pracowników i ich związków zawodowych) i obcinania
funduszy na programy socjalne, poważnie podważyło standardy życiowe
dla wszystkich z wyjątkiem górnych warstw — jest to proces, który
w oczywisty sposób prowadzi do załamania się społeczeństwa,
ze skutkami, które będą omawiane później (patrz sekcję D.9).

Ponadto, jak zauważa Doug Henwood, „porównywanie różnych
państw stawia Stany Zjednoczone w haniebnym
świetle. . . Przygnębiająca interpretacja danych
przedstawionych w LIS [Luksemburskim Studium Dochodów] brzmi tak:
jak na kraj tak bogaty, ma on bardzo dużo biednych ludzi”
.
Henwood przeglądał zarówno względne, jak i bezwzględne
pomiary dochodów i nędzy, wykorzystując porównania z rozdziałem
dochodów za granicą na podstawie danych dostarczonych przez
LIS, i odkrył, że „jeśli chodzi o kraje, w których
powszechnie myśli się o klasie średniej [tj. posiadającej średnie
dochody], Stany Zjednoczone mają drugą od końca wielkość
klasy średniej spośród dziewiętnastu krajów, dla których
istnieją wiarygodne dane LIS”
. Tylko Rosja, kraj w
stanie niemal całkowitego upadku, miała gorszą sytuację (40,9%
ludności miało średnie dochody w porównaniu z 46,2% w Stanach
Zjednoczonych. Gospodarstwa domowe zostały zakwalifikowane jako
biedne, jeżeli ich dochody wynosiły poniżej 50 procent
krajowej mediany; stojące na krawędzi ubóstwa, jeśli wynosiły
między 50 a 62,5 procent; średnio zamożne, gdy wynosiły od 62,5
do 150 procent; i dobrze sytuowane, jeżeli ponad 150 procent.
Amerykańskie odsetki ubogich (19.1%), stojących na krawędzi ubóstwa
(8.1%) i średnio zamożnych (46.2%) wyglądały gorzej niż w
krajach europejskich, takich jak Niemcy (11.1%, 6.5% i 64%),
Francja (13%, 7.2% i 60.4%) i Belgia (5.5%, 8.0% i 72.4%), a także
niż w Kanadzie (11.6%, 8.2% i 60%) i Australii (14.8%, 10% i 52.5%).

Powody tego stanu rzeczy? Henwood stwierdza, że „przyczyny
są jasne — słabe związki zawodowe i słabe państwo opiekuńcze.
Państwa socjaldemokratyczne — te, które najbardziej ingerują
w dochody na rynku — mają największe [klasy średnie]. Amerykańskie
odsetki ubóstwa wynoszą prawie dwa razy tyle, co średnia
pozostałych osiemnastu krajów”
. Nie trzeba podkreślać,
że „klasa średnia” wyznaczana według dochodów to
bardzo nieprecyzyjne określenie (co stwierdza Henwood). Nie mówi
ona na przykład niczego o posiadaniu własności ani władzy w
społeczeństwie, ale dochody są często uważane przez
kapitalistyczną prasę za rozstrzygające kryterium „przynależności
klasowej”, a więc analizowanie ich jest pożyteczne dla
obalenia tez, że wolny rynek sprzyja powszechnemu dobrobytowi (tj.
obszerniejszej „klasie średniej”). To, że najbardziej
wolnorynkowy kraj ma najgorsze odsetki ubóstwa i
najmniejszą „klasę średnią” doskonale potwierdza
anarchistyczne twierdzenie, że kapitalizm, pozostawiony swojej własnej
logice, będzie dawać korzyści silnym (klasie rządzącej)
przeciwko słabym (klasom pracującym) poprzez „dobrowolną
wymianę” na „wolnym” rynku (jak dowodzimy w sekcji C.7, dopiero w okresach pełnego
zatrudnienia — lub/i solidarności i bojowego ducha klas pracujących
na szeroką skalę — równowaga sił rzeczywiście zmienia się
na korzyść ludzi pracy. Trudno się zatem dziwić, że w
okresach pełnego zatrudnienia następuje także zmniejszanie się
nierówności — patrz Stworzeni nierównymi Jamesa K.
Galbraitha w celu poznania więcej szczegółów o współzależności
bezrobocia i nierówności).

Oczywiście można się sprzeciwiać, mówiąc, że te względne
pomiary nędzy i dochodów zostały przeprowadzone w oderwaniu od
faktu, że dochody w Stanach Zjednoczonych należą do najwyższych
na świecie, przez co amerykańskiemu biedakowi może się całkiem
dobrze powodzić według zagranicznych standardów. Henwood obala
tę tezę, zauważając, że „nawet w kategoriach bezwzględnych,
osiągnięcia Stanów Zjednoczonych wprawiają w zakłopotanie.
Badaczka LIS Lane Kenworthy oszacowała odsetki ubóstwa dla piętnastu
krajów, używając amerykańskiego standardu nędzy jako
wyznacznika. . . Chociaż Stany Zjednoczone miały największy średni
dochód, to daleko im od posiadania najmniejszego odsetka nędzy”
.
Tylko Włochy, Wielka Brytania i Australia posiadały wyższy
poziom bezwzględnego ubóstwa (a Australia przekraczała amerykańską
wartość o 0,2% – 11,9% w porównaniu z 11,7%). Zatem zarówno
pod względem wartości bezwzględnych, jak i względnych,
Stany Zjednoczone wypadły źle w porównaniu z krajami
europejskimi [Doug Henwood, „Booming, Borrowing, and
Consuming: The US Economy in 1999”
, pp.120-33, Monthly
Review
, vol. 51, no. 3, pp. 129-31].

Wobec tych faktów, wielu zwolenników kapitalizmu wciąż
zaprzecza czemuś, co jest oczywiste. Czynią oni to myląc ustrój
kastowy z ustrojem klasowym. W systemie kastowym
urodzeni w danej kaście pozostają w niej do końca życia. W
systemie klasowym przynależność do klas może się zmieniać i
zmienia się z biegiem czasu. Twierdzi się, że dlatego ważne
jest nie istnienie klas, lecz zmienności dochodów. Używając
tego argumentu, przy wysokim poziomie zmienności dochodów
stopień nierówności w danym roku jest nieistotny. Dzieje się
tak dlatego, że pod względem redystrybucji dochodów w ciągu
całego życia poszczególnych osób mielibyśmy bardzo dużą równość.
Na nieszczęście dla zwolenników kapitalizmu ten pogląd jest głęboko
błędny.

Po pierwsze, fakt zmienności dochodów i zmieniania się składu
osobowego klas społecznych w niczym nie przekreśla tego, że
system klasowy jest wyznaczany przez różnice pod względem ilości
posiadanej władzy
, którym towarzyszą różnice dochodów.
Innymi słowy, to, że (w teorii) każdy może zostać szefem, w
niczym nie uprawomocnia władzy i autorytetu szefów nad swoimi
pracownikami (ani wpływu ich bogactwa na społeczeństwo — dokładnie
tak, jak to, że każdy – teoretycznie – może zostać członkiem
rządu, nie czyni rządu ani trochę mniej autorytarnym). Ponieważ
to, że przynależność do klasy szefów może się zmieniać, w
niczym nie przekreśla faktu, że taka klasa istnieje.

Po drugie, zmienność dochodów, jaka rzeczywiście istnieje
w kapitalizmie, ma ograniczony zasięg.

Biorąc znowu jako przykład Stany Zjednoczone (zazwyczaj uważane
za jeden z najbardziej kapitalistycznych krajów świata) – ma
miejsce zmienność dochodów, ale niewystarczająca do
uczynienia nierówności dochodów nieistotną. Dane ze spisów
powszechnych ukazują, że 81,6 procent tych rodzin, które
znajdowały się w najniższym kwintylu podziału dochodów w
1985 roku, pozostało tam i w roku następnym; jeśli zaś chodzi
o najwyższy kwintyl, liczba ta wynosiła 76,3 procent.

W dłuższych okresach czasu zachodzi większe mieszanie, ale
wciąż nie tak wielkie, a ci, którzy przechodzą do innych
kwintyli, pochodzą na ogół z pogranicza swojej nowej grupy (np.
ci, którzy wypadają ze szczytowego kwintyla wcześniej
znajdowali się zazwyczaj na samym jego dole). Tylko około 5%
rodzin podnosi się z dna na szczyt albo spada ze szczytu na dno.
Mówiąc inaczej, struktura klasowa nowoczesnego społeczeństwa
kapitalistycznego jest dosyć stała, a „duża część
tych ruchów na górę i w dół przedstawia oscylacje wokoło
dobrze ustalonego długoterminowego rozdziału dóbr”
[Paul
Krugman, Marnotrawienie dobrobytu].

Może w „czystym” ustroju kapitalistycznym sprawy
wyglądałyby inaczej? Ronald Reagan pomógł uczynić kapitalizm
bardziej „wolnorynkowym” w latach osiemdziesiątych,
ale nic nie wskazuje, że zmienność dochodów znacząco wzrosła
w tym czasie. Faktycznie, według studium Grega Duncana z
University of Michigan, klasa średnia skurczyła się w latach
osiemdziesiątych i mniej biednych rodzin wydostało się w górę,
a bogatych spadło w dół. Duncan porównał dwa okresy. W
pierwszym okresie (od 1975 do 1980) dochody były równiejsze niż
są dzisiaj. W drugim (1981 do 1985) nierówność dochodów zaczęła
osiągać swoje wyżyny. W tym okresie miało miejsce
ograniczenie zmienności dochodów, a konkretnie wzrostu od
niskich do średnich dochodów o ponad 10%.

Przedstawiamy tutaj dokładne cyfry [za Paulem Krugmanem, „The
Rich, the Right, and the Facts”
, The American
Prospect
no. 11, Fall 1992, pp. 19-31]:

Odsetki rodzin wchodzących do i wychodzących
z
klasy średniej (pięcioletni okres przed i po 1980 roku)

 

Przejście Przed 1980 Po 1980
Od średnich do niskich
dochodów
8.5 9.8
Od średnich do wysokich
dochodów
5.8 6.8
Od niskich do średnich
dochodów
35.1 24.6
Od wysokich do średnich
dochodów
30.8 27.6

 

Nic zatem dziwnego, że Doug Henwood przekonuje, iż „ostatni
środek ucieczki obrońców amerykańskiej drogi – odwoływanie
się do naszej legendarnej mobilności”
zawodzi.
Faktycznie „ludzie na ogół nie odchodzą daleko od
klasy majątkowej, w jakiej się urodzili, a różnice między
amerykańskimi a europejskimi wzorcami mobilności są niewielkie.
W istocie Stany Zjednoczone mają największy udział tego, co
OECD [organizacja zrzeszająca najbogatsze państwa świata, w
tym także Polskę – przyp. tłum.] nazwała ‚niskopłatnymi’
pracownikami i najgorsze postępowanie z zatrudnionymi
nielegalnie wśród wszystkich krajów, które zostały przezeń
przestudiowane”
[Op. Cit.].

Dlatego też zmienność dochodów nie kompensuje ustroju
klasowego i wynikających z niego autorytarnych stosunków społecznych
i nierówności pod względem swobód, zdrowia i wpływów społecznych.
A fakty sugerują, że kapitalistyczny dogmat o „władzy
najbardziej zasłużonych”, przy pomocy którego próbuje się
usprawiedliwiać ten system, ma niewielkie podstawy w rzeczywistości.

LEAVE A COMMENT