C.1.1 Co jest złego w tej teorii?

  faq

Pierwszym problemem przy wykorzystywaniu użyteczności krańcowej
do wyznaczania ceny jest to, że prowadzi ono do błędnego koła.
Ceny przypuszczalnie mają odmierzać „użyteczność krańcową”
towaru, a mimo to trzeba, by konsumenci znali cenę najpierw,
w celu oszacowania, jak osiągnąć maksymalną satysfakcję.
Zatem subiektywna teoria wartości „w oczywisty sposób
opiera się na błędnym kole. Chociaż próbuje wyjaśniać
ceny, to właśnie ceny są niezbędne do wyjaśnienia użyteczności
krańcowej”
[Paul Mattick, Ekonomia, polityka i wiek
inflacji
]. Ostatecznie, jak przyznał Jevons (jeden z twórców
marginalizmu), cena towaru to tylko test, sprawdzający, jaką
mamy użyteczność towaru dla producenta. Ale zważywszy, że użyteczność
krańcowa była już stosowana wcześniej do określania tejże
ceny, fiasko całej tej teorii nie mogłoby być bardziej uderzające.

Po drugie, rozważmy definicję ceny równowagi rynkowej. Cena
równowagi rynkowej to cena, dla której wysokość popytu jest
dokładnie równa wysokości podaży. Przy takiej cenie nie ma
bodźców do zmiany zachowania ani dla dostawców, ani dla nabywców.

Dlaczego tak się dzieje? Subiektywna teoria wartości naprawdę
nie może wyjaśnić, dlaczego akurat ta cena to cena równowagi
rynkowej, w przeciwieństwie do każdej innej. A to dlatego, że
subiektywna teoria wartości pomija to, że niezbędna jest
obiektywna miara, na której mają się oprzeć „subiektywne”
oceny na rynku. Klient podczas zakupów musi znać ceny w celu
rozdzielenia swoich pieniędzy w sposób dający mu najlepszą
„użyteczność” (i, oczywiście, klient staje wobec
cen na rynku, czyli dokładnie tej sprawy, której wyjaśnienie
miała zawierać teoria użyteczności krańcowej!). A skąd
przedsiębiorstwo wie, że robi na tym dobry interes, jeśli nie
porówna ceny na rynku z kosztami produkcji swojego towaru? Jak
wyłożył Proudhon, „jeśli podaż i popyt same określają
wartość, to jak możemy powiedzieć, co jest nadmiarem, a co
niedoborem? Jeżeli ani koszt, ani cena rynkowa, ani płace nie
mogą zostać wyznaczone matematycznie, to jak jest możliwe pojęcie
nadwyżki, zysku?”
[System ekonomicznych sprzeczności].
Tą obiektywną miarą mogą być jedynie faktyczne procesy
produkcji w kapitalizmie – produkcji, która jest przeznaczona na
zysk. Jej konsekwencje są ważne, gdy odkrywamy, co wyznacza cenę
w kapitalizmie. Zostanie to omówione w następnej sekcji (C.1.2 – A więc co określa ceny?).

Wcześni marginaliści byli świadomi tego problemu i
przekonywali, że cena odzwierciedla użyteczność na „krańcu”
(Jevons, jeden z założycieli szkoły marginalistycznej,
przekonywał, że „ostateczny stopień użyteczności
wyznacza wartość”
); ale co wyznacza położenie samego
krańca użyteczności? Zostaje on ustalony przez dostępną podaż
(„Podaż wyznacza ostateczny stopień użyteczności”
— Jevons); ale co wyznacza poziom podaży? („Koszt
produkcji wyznacza podaż”
— Jevons). Inaczej mówiąc,
cena zależy od użyteczności krańcowej, która zależy od podaży,
która zależy od kosztów produkcji. Innymi słowy, w
ostatecznym rozrachunku cena zależy raczej od obiektywnej
wartości (podaży bądź kosztów produkcji) niż od
subiektywnych oszacowań! Nie jest to zaskoczeniem, bo zanim będzie
można coś skonsumować („subiektywnie oszacować”) na
rynku, to coś musi zostać wyprodukowane. I to właśnie proces
produkcji jest tym, co przemienia materię i energię z form
mniej użytecznych na formy bardziej (dla nas) użyteczne. A to
sprowadza nas z powrotem bezpośrednio do produkcji i sfery
stosunków społecznych, istniejących w obrębie danej populacji
— i politycznego zagrożenia, że wartość (wymienna) będzie
definiowana w kategoriach pracy (patrz w następnej
sekcji
). Ostatecznie jednostka styka się nie tylko z daną
podażą na rynku, ale także i z cenami, obejmującymi koszty
związane z produkcją i pobieraniem zysku.

Ponieważ całym celem marginalizmu było oderwanie uwagi od
produkcji (gdzie stosunki władzy są wyraźne) i skupienie się
na wymianie (gdzie władza działa pośrednio), to nie jest
niespodzianką, że wczesna teoria użyteczności krańcowej
została szybko porzucona. Utrzymywanie omawiania „użyteczności”
w podręcznikach ekonomicznych miało przede wszystkim zmuszać
studentów do samodzielnych przemyśleń. Dopiero neoliberalni
ekonomiści zastosowali mierzalną (kardynalną) „użyteczność”
(tj. pojęcie, według którego użyteczność jest tym samym dla
wszystkich), ale to spowodowało polityczne problemy (gdyż użyteczność
kardynalna zakładała, że „użyteczność”
dodatkowego dolara dla osoby biednej jest w oczywisty sposób większa
niż utrata jednego dolara dla bogatego człowieka, a to oczywiście
usprawiedliwiało politykę redystrybucji). Kiedy to zauważono (wraz
z oczywistym faktem, że użyteczność kardynalna w praktyce
jest niemożliwością [bo różni ludzie mają różne potrzeby]),
użyteczność stała się „porządkową” (tzn. użyteczność
to sprawa indywidualna, a więc nie może być mierzona). Potem
nawet i użyteczność porządkowa została zaniechana, gdyż użyteczności
dla różnych transakcji nie dają się ze sobą porównać, co
mogłoby doprowadzić do wyprowadzenia pojęcia obiektywnych cen
(to właśnie było argumentem Adama Smitha, który to argument
doprowadził go do rozwinięcia teorii wartości opartej na pracy,
a nie teorii opartej na użyteczności, czy też wartości użytkowej).
Wraz z zaniechaniem stosowania pojęcia „użyteczności porządkowej”
główny nurt ekonomii zrezygnował nawet z myślenia o
indywidualnych upodobaniach w takich kategoriach. Znaczy to, że
nowoczesna ekonomia nie posiada teorii wartości w ogóle — a
bez teorii wartości twierdzenia, że działanie kapitalizmu
przyniesie korzyści wszystkim, albo że jego rezultaty spełnią
osobiste upodobania, nie mają żadnej racjonalnej podstawy.

Zatem teoria użyteczności została stopniowo odarta z całego
swego smaku. Użyteczność kardynalną sprowadzono do użyteczności
porządkowej, a użyteczność porządkową do „ujawnionych
skłonności”. To odwrócenie się od użyteczności
kardynalnej (krainy snów na jawie) poprzez użyteczność porządkową
(różnica pozorna) do „ujawnionych skłonności” (nagiej
tautologii, czyli „masła maślanego” — klienci
maksymalizują całkowitą użyteczność, gdyż zostaje „ujawniona”
w proporcjach wydatków, czyli maksymalizują to, co maksymalizują)
nie było niczym więcej, jak tylko jednym z wielu odejść od własnych
poglądów, poczynionych przez marginalistów, gdyż rdzeń ich
wykombinowanych założeń był wystawiony na proste, lecz drążące
pytania.

Pomijając teorię wartości opartą na „użyteczności”,
większość przedstawicieli głównego nurtu ekonomii akceptuje
pojęcia „doskonałej konkurencji” i Walrasowskiej
„ogólnej równowagi”, które były integralną częścią
tejże teorii. Marginalizm próbował ukazać – wedle słów
Paula Ormeroda – „że, przyjmując pewne założenia,
system wolnorynkowy doprowadzi do takiego rozmieszczenia danego
zbioru zasobów, które będzie – w bardzo szczególnym i
ograniczonym znaczeniu – optymalnym z punktu widzenia każdej osoby
i każdego przedsiębiorstwa w gospodarce”
[Śmierć
ekonomii
]. To właśnie było to, czego dowodziła
Walrasowska ogólna równowaga. Jednakże założenia, jakich
wymagał ten dowód, okazują się nieco nierealistyczne (mówiąc
bardzo delikatnie). Ukazuje to Ormerod:

„podkreślanie tego, że model konkurencyjny jest
dalece oderwany od racjonalnych przykładów praktycznego
funkcjonowania gospodarki krajów zachodnich, nigdy nie okaże
się zbyt mocne. . . [Jest to] trawestacja rzeczywistości.
Na przykład świat się nie składa z olbrzymiej liczby małych
firm, z których żadna nie posiada w żadnym stopniu
kontroli nad rynkiem. . . Teoria wprowadzona przez
marginalistyczną rewolucję opiera się na szeregu postulatów
na temat ludzkiego zachowania i funkcjonowania gospodarki. Był
to w bardzo dużym stopniu eksperyment czystej myśli, z
bardzo małym uzasadnieniem empirycznym dla swoich
przypuszczeń”.

Rzeczywiście, „ciężar dowodów” świadczy „przeciwko
słuszności modelu ogólnej równowagi konkurencyjnej jako
wiarygodnego odpowiednika rzeczywistości”
[Op. Cit.].
Na przykład wyrwano z tej teorii oligopole i niedoskonałą
konkurencję, tak że nie daje ona odpowiedzi na ciekawe pytania,
naprowadzające na sprawy asymetrii informacji i siły
przetargowej między podmiotami gospodarczymi, czy to wskutek ich
rozmiarów, czy też organizacji, znamion społecznych, albo
czegokolwiek innego. W rzeczywistym świecie oligopole są
powszechne, a asymetria posiadanych informacji i pozycji
przetargowych to norma. Abstrahowanie od tego oznacza
przedstawianie wizji ekonomicznej niezgodnej z rzeczywistością,
jakiej ludzie doświadczają. I dlatego taka wizja może tylko
proponować rozwiązania krzywdzące dla mających słabsze
pozycje przetargowe i niedostatecznie poinformowanych. Do tego
jeszcze model ten został umieszczony w środowisku bezczasowym,
zawierającym ludzi i przedsiębiorstwa działające w świecie,
w którym mają doskonałą wiedzę i stan informacji o sytuacji
na rynku. Świat bez przyszłości, a więc bez żadnej niepewności
(jakakolwiek próba włączenia czynnika czasu, a więc niepewności,
daje pewność, że model ten przestanie być cokolwiek warty). A
więc model nie może w łatwy ani pożyteczny sposób wytłumaczyć
rzeczywistości, w której podmioty gospodarcze naprawdę nie
znają takich rzeczy, jak np. przyszłe ceny, przyszła dostępność
dóbr, albo zmiany w technikach produkcji czy w sytuacji na
rynkach, jakie wystąpią w przyszłości. Zamiast tego, aby
uzyskać swoje rezultaty — dowody na temat warunków równowagi
rynkowej — model zakłada, że uczestnicy gry rynkowej mają
doskonałą wiedzę przynajmniej o prawdopodobieństwach
wszystkich możliwych wyników gospodarczych. W rzeczywistości
sprawa się przedstawia dokładnie na odwrót.

W tym bezczasowym, doskonałym świecie, „wolnorynkowy”
kapitalizm okaże się skuteczną metodą rozmieszczania zasobów,
a wszystkie rynki się oczyszczą. Przynajmniej częściowo,
teoria ogólnej równowagi rynkowej to abstrakcyjna odpowiedź na
ważne abstrakcyjne pytanie: Czy gospodarka opierająca się
jedynie na sygnałach cenowych jako informacji o rynku może być
uporządkowana? Odpowiedź, dana przez teorię ogólnej równowagi
jest jasna i ostateczna — można opisać taką gospodarkę,
cechującą się dokładnie takimi właściwościami. Ale żadna
rzeczywista gospodarka nie została tutaj opisana, a zważywszy
na przyjęte założenia, żadna taka gospodarka nie mogła by
nigdy istnieć. Przedstawiono odpowiedź na teoretyczne pytanie,
wymagającą pewnej ilości osiągnięć intelektualnych, ale
jest to odpowiedź, która nie ma żadnego związku z rzeczywistością.
A często jest ona nazywana „wyższą teorią” równowagi.
Oczywiście większość ekonomistów musi traktować rzeczywisty
świat jako szczególny przypadek.

Dlatego teoria ogólnej równowagi rynkowej analizuje sytuację
ekonomiczną, co do której nie ma żadnego powodu przypuszczać,
że kiedykolwiek nadejdzie albo nadeszła. Dlatego jest to
abstrakcja, dla której nie można dostrzec żadnego znaczenia
ani zastosowania w świecie, jaki istnieje. Przekonywanie, że może
ona dać wgląd w rzeczywisty świat jest śmieszne. Ponieważ główny
nurt teorii ekonomicznej zaczyna od pewników i przypuszczeń i używa
metodologii dedukcyjnej do wyciągania wniosków, jego przydatność
do odkrywania funkcjonowania rzeczywistego świata jest
ograniczona. Po pierwsze, jak zwracamy uwagę w sekcji F.1.3, metoda dedukcyjna jest ze
swej istoty przednaukowa. Po drugie, pewniki i
przypuszczenia można uznać za fikcyjne (gdyż ich związek z
danymi doświadczalnymi jest bez znaczenia), a wnioski z modeli
dedukcyjnych naprawdę mogą mieć znaczenie tylko dla struktury
tych modeli, gdyż one same w sobie nie zawierają żadnych związków
z rzeczywistością ekonomiczną. Chociaż jest prawdą, że
istnieją pewne wyimaginowane problemy intelektualne, a model ogólnej
równowagi rynkowej został dobrze zaprojektowany w celu
dostarczania precyzyjnych odpowiedzi na nie (o ile cokolwiek mogłoby
dać takie odpowiedzi), to w praktyce znaczy to tylko tyle, że
jeśli ktoś nalega na analizowanie problemu nie mającego
odpowiednika w realnym świecie ani rozwiązania, to wtedy
odpowiednie może być wykorzystanie modelu, który nie ma żadnego
zastosowania w realnym świecie. Modele wyprowadzane w celu
dostarczania odpowiedzi na urojone problemy będą nieodpowiednie
do rozwiązywania praktycznych problemów ekonomicznych
rzeczywistego świata czy choćby do dostarczania pożytecznego
wglądu w działanie i rozwój kapitalizmu. Wedle słów znanego
lewicowego ekonomisty Nicholasa Kaldora, „teoria równowagi
osiągnęła etap, na którym czystemu teoretykowi udało się
ukazać (wprawdzie zapewne nieumyślnie), że główne założenia
tej teorii być może nie mogą utrzymać się w rzeczywistości,
ale ów teoretyk nie zdążył jeszcze przekazać tej wieści na
dół – autorowi podręczników i nauczycielowi”
. Nic więc
dziwnego, że jego „podstawowym sprzeciwem wobec teorii
ogólnej równowagi rynkowej nie jest to, że jest ona abstrakcją
— wszystkie teorie są abstrakcyjne i muszą koniecznie być
takie, ponieważ nie może być analizy bez abstrakcji — ale to,
że wychodzi ona od błędnego typu abstrakcji i dlatego daje
wprowadzający w błąd ‚wzorzec’. . . świata, takiego jaki
jest; daje wprowadzające w błąd wrażenia na temat charakteru
i sposobu działania sił ekonomicznych”
[The
Essential Kaldor
, p. 377, p. 399].

Istnieje też bardziej realistyczne neoliberalne pojęcie równowagi
rynkowej zwane teorią „częściowej” równowagi
rynkowej (rozwijane przez Alfreda Marshalla). „Czas”
zostaje włączony poprzez wprowadzone przez Alfreda Marshalla
pojęcie równowagi istniejącej w różnych okresach. Najważniejszymi
koncepcjami Marshalla są: równowaga „krótkoterminowa”
i „długoterminowa”. Jednakże jest to tylko porównywanie
jednego statycznego (idealnego) stanu z innym. Marshall odniósł
się do rynków „pewnego razu” (stąd wyrażenie „częściowa
równowaga”), przy czym „wszystkie inne rzeczy są równe”
— jest to przypuszczenie, że reszta gospodarki pozostaje bez
zmian! Ta teoria myli porównanie możliwych alternatywnych równowag
z analizą procesu dziejącego się w czasie, tzn. wydarzenia
historyczne zostają wprowadzone do bezczasowych ram. Czyli
inaczej – czas, jaki jest znany realnemu światu, nie istnieje. W
rzeczywistym świecie dokonanie każdego przystosowania pochłania
pewną ilość czasu, w którym mogą wydarzyć się zdarzenia
zmieniające równowagę. Sam proces ruchu ma wpływ na to, dokąd
się zmierza. A więc nie ma czegoś takiego, jak położenie
„długoterminowej” równowagi, które istnieje niezależnie
od kierunku, w jakim podąża gospodarka. Założenia Marshalla –
„pewnego razu na rynku” i „wszystkie inne rzeczy są
równe” – dają pewność, że pojęcie czasu jest równie
obce teorii „częściowej” równowagi rynkowej, co
teorii „ogólnej” równowagi rynkowej.

Tak dużo w głównym nurcie ekonomii opiera się na teoriach,
które mają niewielkie albo nie mają żadnych związków z
rzeczywistością. Celem teorii użyteczności krańcowej było
ukazanie, że kapitalizm jest efektywny, i że każdy czerpie z
niego korzyści (kapitalizm maksymalizuje użyteczność, oczywiście
w ograniczonym znaczeniu, wymuszonym przez dostępność towarów
na rynku). Mówiło się, że tego właśnie dowodzi teoria
doskonałej konkurencji. Ale doskonała konkurencja jest niemożliwa.
A ponieważ jest ona sama w sobie założeniem teorii użyteczności
krańcowej, mogliśmy oczekiwać, że z tego powodu zostanie
porzucona. Zamiast tego sprzeczność została starannie ukryta.

Na dodatek, podobnie jak w przypadku większości religii,
neoliberalna ekonomia nie może zostać naukowo przetestowana.
Dzieje się tak dlatego, że model doskonałej konkurencji nie
tworzy jakichkolwiek prognoz, którym można by było udowodnić
fałsz. Martin Hollis i Edward Nell przekonują:

„Doprawdy cały pomysł przetestowania analizy
marginalnej jest absurdalny. Ponieważ cóż takiego mógłby
ten test ujawnić? Negatywne wyniki pokazują tylko to, że
rynek jest ułomny. Można to rozmaicie interpretować. . .
Ale jedna interpretacja nie jest możliwa — że analiza
marginalna została obalona. . . Uogólniając tę kwestię,
oświadczenia marginalistów treści takiej, że jeżeli
utrzymane zostaną założenia pozytywnej mikroekonomii, to
wtedy się wydarzy tak i tak, są tautologiami. A ich
konsekwencje to po prostu logiczne dedukcje wyprowadzane ze
zdań wcześniejszych. . . tego modelu nie da się
przetestować”
[Racjonalny człowiek ekonomiczny].

Ujmując to inaczej, jeśli przepowiednia marginalistycznej
ekonomii się nie potwierdzi, to wszystko, co będziemy mogli
wywnioskować z tego testu, to nieistnienie doskonałej
konkurencji. Teoria nie może zostać obalona, niezależnie od
tego, jak wiele dowodów zostanie zebranych przeciwko niej. Do
tego jeszcze istnieją i inne pożyteczne techniki, których można
użyć do obrony neoliberalnej ideologii przed doświadczalnymi
dowodami. Na przykład neoliberalna ekonomia utrzymuje, że
produkcja jest naznaczona zmniejszającymi się dochodami układu.
Jakiekolwiek dowody empiryczne, sugerujące coś innego, można
odrzucić po prostu dlatego, że układ nie jest dostatecznie
obszerny — ostatecznie dochody zmniejszą się co do
rozmiarów. Podobnie określenie „na dłuższą metę”
może zdziałać cuda dla ideologii. Bo jeśli głoszone dobre
rezultaty danej polityki nie urzeczywistniają się nikomu oprócz
klasy rządzącej, to wtedy, zamiast winić ideologię,
winowajczynią może być skala czasu (na dłuższą metę,
sprawy obrócą się na lepsze — na nieszczęście dla większości,
dłuższa meta jeszcze się nie pojawiła, ale się pojawi; do
tego czasu będziecie musieli ponosić ofiary dla przyszłych
korzyści…). Oczywiście przy pomocy takiej „analizy”
niczego nie można dowieść.

Nie dziwi zatem argumentacja Nicholasa Kaldora:

„Walrasowska teoria [ogólnej] równowagi rynkowej
to wysoko rozwinięty system intelektualny, bardzo
wyrafinowany i szczegółowo dopracowywany przez
matematycznych ekonomistów od drugiej wojny światowej —
eksperyment intelektualny. . . Ale nie stanowi on naukowej
hipotezy, jak teoria względności Einsteina czy prawo
powszechnego ciążenia Newtona. Jego podstawowe założenia
są aksjomatami i nie opierają się na danych doświadczalnych,
i nie przedstawiono żadnej specyficznej metody, dzięki której
można by zweryfikować prawdziwość czy znaczenie wyników
uzyskiwanych przy zastosowaniu teorii. Z założeń przez
implikacje tworzy się twierdzenia o rzeczywistości, ale te
twierdzenia nie są odnajdowane w bezpośrednich
obserwacjach, i, zdaniem uprawiających tę teorię, w żadnym
razie nie mogą zostać zaprzeczone przez obserwacje czy
eksperymenty”
[Op. Cit., p. 416].

Jednak marginalizm pomimo tych drobnych problemów, rzeczywiście
spełniał wartościową funkcję ideologiczną. Usunął występowanie
wyzysku z ustroju, usprawiedliwia dawanie przywódcom biznesu
„swobody” działania, jak im się podoba i namalował
świat harmonii między właścicielami fabryk. Stąd jego
powszechna akceptacja w ekonomii. Innymi słowy, usprawiedliwił
sposób myślenia typu „co jest zyskowne, to jest dobre”
i usunął politykę i etykę z zakresu zainteresowań ekonomii.
Ponadto teoria „doskonałej konkurencji” (niezależnie
od jej nierealności) pozwalała ekonomistom na przedstawianie
kapitalizmu jako ustroju optymalnego, skutecznego i zaspokajającego
indywidualne pragnienia. A to jest ważne, bo bez założenia równowagi
transakcje rynkowe wcale nie muszą dawać wszystkim korzyści.
Naprawdę mogą prowadzić do tyranii mającego szczęście nad
pechowcem, gdzie większość doświadcza szeregu smutnych wyborów
między zestawami „mniejszego zła”. Oczywiście, przy
założeniu równowagi rzeczywistość można pominąć. A więc
kapitalistyczna ekonomia znajduje się na mieliźnie.

Ogólnie mówiąc, świat w założeniach neoliberalnej
ekonomii nie jest tym, w którym naprawdę żyjemy, a więc
stosowanie tej teorii zarówno wprowadza w błąd, jak i (zazwyczaj)
przynosi katastrofalne skutki (przynajmniej dla tych, „co
nic nie mają”).

Niektórzy „prorynkowi” ekonomiści kapitalistyczni
(tacy jak ci z prawicowej „szkoły austriackiej”) całkowicie
odrzucają pojęcie równowagi rynkowej i przyjmują dynamiczny
model kapitalizmu. Chociaż są daleko bardziej realistyczni niż
główny nurt teorii neoliberalnej, to ich metoda porzuca możliwość
zademonstrowania, że wynik działań rynkowych jest w jakimś
sensie realizacją indywidualnych upodobań ludzi, którzy wyrażają
w nich swoje oddziaływania. Nie ma tu żadnego sposobu
udowodnienia stabilizującego charakteru działalności przedsiębiorców
ani tego, że rzekomo przynosi ona korzyści społeczeństwu.
Naprawdę działalność przedsiębiorców skłania się do
rozregulowywania rynków (zwłaszcza rynków pracy), czyli raczej
oddalania ich od równowagi (tzn. pełnego wykorzystania
dostępnych zasobów) niż przybliżania ich do niej. Ujmując to
inaczej, dynamiczny proces mógłby doprowadzić raczej do rozbieżności
niż zbieżności zachowań, a więc do wzrostu bezrobocia,
ograniczenia jakości dostępnych możliwości wyboru, z
których mamy maksymalizować swoją „użyteczność”
itd. Dynamiczny system nie musi wcale się samoistnie udoskonalać,
zwłaszcza na rynku pracy, ani też wykazywać jakichkolwiek śladów
samoistnego dążenia do równowagi (tzn. poddaje się cyklowi
koniunkturalnemu). Więc jak na ironię ekonomiści z tej szkoły
często utrzymują, że choć nie można osiągnąć stanu równowagi,
to rynek pracy doświadczy pełnego zatrudnienia w „wolnorynkowym”
czyli „czystym” kapitalizmie. A to, że ten warunek
jest warunkiem równowagi rynkowej nie wydaje się powodować ich
zbytniego niepokoju. Dlatego widzimy, jak na przykład von Hayek
przekonuje, że „cała przyczyna bezrobocia. . . to
zboczenie cen i płac z ich stanu równowagi, który zostałby
ustanowiony przy wolnym rynku i stabilnej walucie”
i że
„odchylenie obecnych cen od tego położenia równowagi.
. . to przyczyna niemożliwości sprzedania części podaży
pracy”
[Nowe studia]. Dlatego widzimy tutaj zwykłe
podpieranie się teorią równowagi rynkowej w celu obrony
kapitalizmu przed winieniem go za zło, które stwarza – nawet
przez tych, którzy twierdzą, że wiedzą lepiej. Może jest to
sprawa oportunizmu politycznego, pozwalającego zwolennikom
ideologii wolnego rynku atakować pojęcie równowagi rynkowej,
gdy w oczywisty sposób rozmija się ono z rzeczywistością i być
w stanie je reanimować atakując, powiedzmy, związki zawodowe,
programy osłon socjalnych i inne procedury mające na celu
pomagać ludziom pracy przeciwstawiać się spustoszeniom
dokonywanym przez kapitalistyczny rynek?

Ci zwolennicy kapitalizmu kładą nacisk na „wolność”
— wolność podejmowania swoich własnych decyzji przez
jednostki. A któż mógłby zaprzeczyć temu, że jednostki, gdy
mają wolność wyboru, wybiorą możliwość, którą uważają
za najlepszą dla siebie? Ale ta pochwała osobistej wolności
pomija to, że kapitalizm często ogranicza wybór do dwu (lub więcej)
złych możliwości wskutek nierówności, jakie wytwarza (stąd
nasze odwoływanie się do jakości dostępnych nam
decyzji). Robotnica zgadzająca się na katorżniczą pracę
istotnie „maksymalizuje” swoją „użyteczność”
tak postępując — mimo wszystko, ten wybór jest lepszy niż
zagłodzenie się na śmierć — ale tylko ideolog zaślepiony
przez kapitalistyczną ekonomię będzie sądził, że ona jest
wolna albo że jej decyzja nie została podjęta w warunkach
ekonomicznego przymusu. Inaczej mówiąc, ta idealizacja wolności
uzyskiwanej poprzez rynek całkowicie pomija fakt, że dla
znacznej liczby ludzi ta wolność może mieć bardzo ograniczony
zakres. Ponadto wolność kojarzona z kapitalizmem, tam gdzie w
grę wchodzi rynek pracy, staje się niczym więcej jak tylko
wolnością wyboru swojego pana. Ujmując rzecz całościowo, ta
obrona kapitalizmu pomija istnienie nierówności ekonomicznych (a
więc władzy), naruszających wolność i szanse innych ludzi (zobacz
pełniejszą dyskusję o tym w sekcji F.3.1).
Nierówności społeczne mogą dać pewność, że ludzie skończą
„lubiąc to, co się ma”, a nie „mając to, co się
lubi” po prostu dlatego, że muszą uporządkowywać swoje
oczekiwania i zachowania tak, aby pasowały do wzorców
wyznaczanych przez koncentrację władzy ekonomicznej. Ma to zwłaszcza
miejsce na rynku pracy, gdzie sprzedawcy siły roboczej są
zazwyczaj w niekorzystnej sytuacji w porównaniu z nabywcami z
powodu istnienia bezrobocia (patrz sekcje B.4.3, C.7
i F.10.2).

Co naprowadza nas na jeszcze jeden problem związany z
marginalizmem, mianowicie rozmieszczenie zasobów w społeczeństwie.
Popyt rynkowy bywa zwykle omawiany w kategoriach gustów, nie zaś
rozdziału siły nabywczej wymaganej do zaspokojenia tychże gustów.
Zatem jako metoda określania ceny użyteczność krańcowa
pomija różnice siły nabywczej jednostek i przyjmuje prawną
fikcję, że korporacje to pojedyncze osoby (podział dochodów
jest traktowany jako rzecz ustalona). Ci, którzy mają mnóstwo
pieniędzy będą mogli maksymalizować swoją satysfakcję o
wiele łatwiej niż ci, którzy mają mało. Mogą oni także
przelicytować mających mniej pieniędzy. Jeżeli, jak mówi
wielu prawicowych „libertarian”, kapitalizm to „jeden
dolar, jeden głos”, to jest oczywiste, czyja wartość będzie
najsilniej odzwierciedlana na rynku. I to właśnie dlatego
ortodoksyjni ekonomiści przyjmują wygodne założenie „danego
podziału dochodów”, gdy próbują pokazać, że najlepszym
rozmieszczeniem zasobów jest rozmieszczenie opierające się na
rynku.

Mówiąc inaczej, w kapitalizmie to nie „użyteczność”
jako taka jest maksymalizowana, ale raczej „efektywna”
użyteczność (zwykle nazywana „efektywnym popytem”)
— mianowicie użyteczność poparta pieniędzmi. Kapitalistyczny
rynek (a ściślej klasa posiadająca w tym ustroju) nadaje wartość
(tzn. ceny) przedmiotom w zależności od efektywnego popytu na
nie. „Efektywny popyt” to pragnienia ludzkie zmierzone
możliwością uiszczenia opłaty za ich realizację. Tak więc
rynek ocenia potrzeby ludzi zamożnych jako ważniejsze od
potrzeb ludzi bez środków do życia. A przez to kapitalizm odciąga
konsumpcję od zaspokajania „użyteczności” znajdujących
się w największej potrzebie i przyciąga ją w stronę
zaspokajania przede wszystkim potrzeb bogatej garstki. Nie znaczy
to, że rynek nie wychodzi naprzeciw potrzebom większości (zwykle,
ale nie zawsze, wychodzi do pewnego stopnia). To znaczy tylko, że
przy danej ilości zasobów mający pieniądze mogą przelicytować
mających mniej — nie bacząc na ludzki los. Popierający
wolnorynkowy kapitalizm ekonomista Von Hayek przekonywał, że „spontaniczny
porządek wytwarzany przez rynek nie zapewnia, że to co opinia
powszechna uważa za pilniejsze potrzeby, będzie zawsze spełniane
przed mniej ważnymi potrzebami”
[The Essential Hayek,
p. 258]. Co jest tylko grzecznym sposobem wytłumaczenia rozwoju,
w którym milionerzy budują nowe pałace, podczas gdy są tysiące
bezdomnych albo żyjących w slumsach, albo karmią luksusową żywnością
swoich czworonogich ulubieńców, gdy ludzie chodzą głodni,
albo też w którym agrobiznes przeznacza gotówkę i płody
rolne na zagraniczne rynki, gdy bezrolni umierają z głodu (patrz
też sekcja I.4.5). Nie trzeba
powtarzać, że marginalistyczna ekonomia usprawiedliwia tę władzę
rynku i jej skutki.

Streszczając, neoliberalna ekonomia wykazuje zdolność do życia
nierzeczywistego ustroju, co jest przekładane na zapewnienia o
świecie, w jakim będziemy żyć, dopóki większość ludzi nie
przyjmie, że rzeczywistość odzwierciedla model (a nie na odwrót
– że model odzwierciedla rzeczywistość – jak powinno być, ale
nie jest w neoliberalnej teorii). Co więcej, i do tego gorzej,
decyzje polityczne będą stanowione w oparciu o model, który
nie ma żadnego związku z rzeczywistością — z katastrofalnymi
skutkami (na przykład powstanie i upadek monetaryzmu — patrz sekcja C.8). Na dodatek, model ten
usprawiedliwia (wtedy, kiedy nie pomija) hierarchiczne struktury
i ogromne nierówności pod względem bogactwa i siły
przetargowej w społeczeństwie, co jest kpiną z osobistej wolności
(zobacz sekcję F.3.1 w celu
zapoznania się ze szczegółami). Służy on interesom mających
władzę i bogactwo w nowoczesnym społeczeństwie, a także
celom niszczącego duszę, zanieczyszczającego świat
komercjalnego systemu, wyrażając dezaprobatę dla istotności
względów estetycznych, humanitarnych, i w ogóle ludzkich,
podczas podejmowania decyzji ekonomicznych. Doprawdy, zwykła
sugestia, że miejsce ludzi jest przed zyskami (a tym bardziej
zamiast zysków), wywołałaby histerię. Wychodząc z fałszywej
przesłanki, marginalizm kończy negując głoszone przez siebie
ideały — zamiast być ekonomią wolności osobistej, staje się
środkiem usprawiedliwiania ograniczeń i odmowy tej wolności.

Zatem jeżeli subiektywna teoria wartości jest błędna, to
co wyznacza ceny? Oczywiście, na krótką metę, ceny znajdują
się pod silnym wpływem podaży i popytu. Jeśli popyt przewyższa
podaż, cena rośnie, i odwrotnie. Jednakże ten truizm nie
odpowiada na pytanie. Odpowiedź daje produkcja i rodzone tam
stosunki społeczne. Zostało to omówione w następnej sekcji.

LEAVE A COMMENT