C.8 Czy państwowa kontrola pieniądza jest przyczyną występowania cyklów koniunkturalnych?

  faq

Jak objaśniono w poprzedniej sekcji,
kapitalizm będzie cierpiał na naprzemienne cykle rozkwitów i
zapaści na skutek obiektywnych nacisków na tworzenie zysków
nawet jeżeli pominiemy subiektywny bunt ludzi pracy przeciwko władzy.
To właśnie ten podwójny nacisk na stopy zysku, subiektywny i
obiektywny, jest tym, co powoduje cykl koniunkturalny i problemy
gospodarcze takie jak „stagflacja” [zastój gospodarczy
połączony z inflacją]. Jednakże zdaniem zwolenników wolnego
rynku taki wniosek jest nie do przyjęcia. Więc zazwyczaj próbują
oni objaśniać cykl koniunkturalny raczej w kategoriach wpływów
z zewnątrz niż czynników rodzonych przez sam sposób
działania kapitalizmu. Większość popierających „wolny
rynek” kapitalistów obwinia interwencję rządu na rynku, a
zwłaszcza państwową kontrolę nad pieniądzem jako źródło
cyklu koniunkturalnego. Taka analiza zawiera błędy, co zostanie
ukazane poniżej.

Powinno się odnotować, że wielu zwolenników kapitalizmu
pomija „subiektywne” naciski na kapitalizm, które omówiliśmy
w sekcji C.7.1. Do tego jeszcze
problemy towarzyszące wzrostowi inwestycji kapitałowych (uwypuklone
w sekcji C.7.3) także są zazwyczaj
pomijane, ponieważ zwolennicy ci zwykle uważają kapitał za
„produktywny”, a więc nie mogą dostrzec, w jaki sposób
jego wykorzystanie mogłoby skutkować kryzysami. To pozostawia
im tylko problemy towarzyszące mechanizmowi cen, omówione w sekcji C.7.2.

Za teorią „państwowej kontroli pieniądza” jako źródła
kryzysów stoi koncepcja mówiąca, że stopy procentowe
dostarczają przedsiębiorstwom i jednostkom informacji o tym,
jak zmiany cen będą wpływały na przyszłe tendencje w
produkcji. W szczególności twierdzi się, że zmiany stóp
procentowych (tj. zmiany popytu i podaży kredytów) pośrednio
informują przedsiębiorstwa o odpowiedziach ich konkurencji na
bodźce rynku. Na przykład jeśli wzrasta cena cyny, doprowadziłoby
to do ekspansji inwestycji w przemyśle związanym z cyną, a więc
do wzrostu stóp procentowych (gdyż jest większe
zapotrzebowanie na kredyt). Ten wzrost stóp procentowych obniżyłby
oczekiwane zyski i ostudził ekspansję. Państwowa kontrola
pieniądza hamuje ten proces (zaburzając wysokość stóp
procentowych), a więc wyniki działania systemu kredytowego nie
mogą spełniać swej funkcji ekonomicznej. Wynikiem tego jest
nadprodukcja, gdyż stopy procentowe nie odzwierciedlają rzeczywistego
stanu oszczędności, a więc kapitaliści nadmiernie inwestują
w nowy kapitał – kapitał, który okazuje się przynosić zyski
tylko dlatego, że stopy procentowe są sztucznie obniżone. Gdy
stopa nieuchronnie idzie w górę ku swej „prawdziwej”
wartości, zainwestowany kapitał staje się nierentowny, a więc
pojawia się przeinwestowanie. Zatem idąc za tą argumentacją,
po wyeliminowaniu kontroli państwa nad pieniądzem te negatywne
skutki kapitalizmu by zanikły.

Zanim będziemy dyskutować, czy państwowa kontrola pieniądza
jest przyczyną cyklu koniunkturalnego, musimy wykazać,
że argument dotyczący roli stóp procentowych faktycznie nie
wyjaśnia występowania przeinwestowania (a więc i cyklu
koniunkturalnego). Mówiąc inaczej, objaśnianie cyklu
koniunkturalnego jako mającego swoje podłoże w cechach
charakterystycznych systemu kredytowego jest błędne. Dzieje się
tak dlatego, że wcale nie jest oczywiste, iż istotne
informacje są przekazywane przy pomocy zmian stóp procentowych.
Stopy procentowe odzwierciedlają ogólny skumulowany popyt na
kredyt w gospodarce. Natomiast informacja niezbędna konkretnemu
przedsiębiorstwu dotyczy nadmiernej ekspansji produkcji
konkretnego dobra, które to przedsiębiorstwo wytwarza, a więc
poziomu zapotrzebowania na kredyt wśród konkurencji w danej
branży, nie zaś ogólnego popytu na kredyt w całej
gospodarce. Wzrost produkcji jakiegoś dobra, planowany przez
grupę konkurencyjnych firm będzie odzwierciedlony proporcjonalną
zmianą stóp procentowych dopiero jeśli się przyjmie, że
zmiana popytu na kredyt w tej branży jest identyczna ze zmianą
w całej gospodarce.

Nie ma żadnego powodu do przypuszczania, że takie założenie
jest prawdziwe, zważywszy na niejednakowe cykle produkcyjne w różnych
gałęziach przemysłu i ich niejednakowe zapotrzebowanie na
kredyt (zarówno pod względem intensywności potrzeby, jak i
niezbędnej sumy). Dlatego przy założeniu nierównych zmian
popytu na kredyt w różnych branżach, odzwierciedlających nierówne
zmiany ich wymagań, całkiem możliwe jest wystąpienie
przeinwestowania (a więc i nadprodukcji) nawet gdyby system
kredytowy działał tak, jak powinien w teorii (tzn. gdyby stopa
procentowa faktycznie odzwierciedlała rzeczywistą ilość
dostępnych oszczędności). Dlatego system kredytowy nie
przekazuje istotnej informacji i z tego powodu nie może
być prawdą, że cykl koniunkturalny można wyjaśnić jako odejście
od „idealnego” systemu (tj. kapitalizmu laissez-faire).

Dlatego nie można twierdzić, że usunięcie państwowej
kontroli nad pieniądzem wyeliminuje też cykl koniunkturalny.
Jednak argumenty o kontroli państwa nad pieniądzem naprawdę
zawierają w sobie pewien element prawdy. Hojne udzielanie kredytów
ponad poziom „naturalny”, przy którym są one równe
oszczędnościom, może pozwalać i pozwala kapitałowi na dalej
idącą ekspansję niż miałoby to miejsce w przeciwnym wypadku,
a więc sprzyja przeinwestowaniu (tzn. raczej wzmacnia tendencje
już obecne niż je tworzy). Choć pominęliśmy rolę
ekspansji kredytów w naszych powyższych rozważaniach, ażeby
podkreślić, że kredyty nie są fundamentem cyklu
koniunkturalnego, to pożyteczne jest omówienie tej sprawy, gdyż
jest to zasadniczy czynnik w rzeczywistych gospodarkach
kapitalistycznych. Istotnie, bez tego kapitalistyczne gospodarki
nie rozwijałyby się tak szybko. Kredyt jest fundamentem
kapitalizmu, mówiąc inaczej.

W „wolnorynkowej” ekonomii kapitalistycznej istnieją
dwa główne podejścia do zagadnienia wyeliminowania państwowej
kontroli nad pieniądzem — monetaryzm i coś, co często
jest nazywane „wolną bankowością”. Omówimy
każde z nich po kolei (trzecim możliwym rozwiązaniem jest
narzucenie bankom stuprocentowego limitu rezerwy złota – ale
ponieważ jest to daleko posunięty interwencjonizm państwowy, a
więc nie laissez-faire, nie będziemy go omawiać. Poza tym jest
to po prostu niemożliwe, gdyż nie istnieje aż tyle złota, by
wystarczyło to do puszczenia go w obieg, a do tego jeszcze takie
rozwiązanie byłoby obciążone wszystkimi problemami towarzyszącymi
sztywnej dyscyplinie monetarnej. Problemy te naświetlimy poniżej).

Monetaryzm był niezwykle popularny w latach siedemdziesiątych
i jest kojarzony z dziełami Miltona Friedmana. Jest on o wiele
mniej radykalny niż szkoła „wolnej bankowości” i
przekonuje, że zamiast likwidacji państwowych pieniędzy ich
wypuszczanie powinno znajdować się pod kontrolą. Friedman,
podobnie jak większość kapitalistycznych ekonomistów, podkreślał,
że czynniki monetarne są ważną właściwością gospodarki
przy objaśnianiu takich problemów kapitalizmu, jak cykl
koniunkturalny, inflacja itp. Nie jest to niespodzianka, gdyż
takie stanowisko ma pożyteczny wpływ ideologiczny –
oczyszczanie wewnętrznego funkcjonowania kapitalizmu z winy za
jakikolwiek udział w powodowaniu tych trudności. Na przykład
kryzysy mogą występować, ale wina leży tu po stronie państwa
zakłócającego gospodarkę. Na przykład właśnie w ten sposób
Friedman wyjaśnia Wielki Kryzys lat trzydziestych w USA (patrz
jego artykuł „The Role of Monetary Policy” w: American
Economic Review
, March, 1968). Wyjaśnia on także inflację,
przekonując, że było to zjawisko czysto pieniężne
spowodowane przez państwo drukujące więcej pieniędzy niż
wymagał tego przyrost działalności gospodarczej (na przykład
– jeżeli wzrost gospodarczy wyniósł 2%, lecz podaż pieniądza
wzrosła o 5%, inflacja wzrosłaby o 3%). Jak zobaczymy, taka
analiza inflacji jest głęboko błędna.

Więc monetaryści argumentowali na rzecz kontrolowania podaży
pieniądza, umieszczenia państwa pod rządami „konstytucji
monetarnej”
, która zapewniałaby, że banki centralne będą
zobowiązywane prawem do wzrostu ilości pieniędzy w stałym
tempie 3-5% rocznie. Miało to zapewnić, że inflacja zostanie
rozpędzona, gospodarka dostosuje się do swojej naturalnej równowagi,
cykl koniunkturalny stanie się łagodny (jeżeli całkiem nie
zniknie), a kapitalizm w końcu będzie funkcjonował tak, jak to
zapowiadają podręczniki ekonomii. Wraz z „konstytucją
monetarną”
pieniądz zostanie „odpolityczniony”,
a wpływ państwa i jego kontrola nad walutą zostaną
wyeliminowane. Pieniądz stanie się z powrotem tym, czym jest w
teorii neoliberalnej, w zasadzie neutralnym ogniwem łączącym
produkcję z konsumpcją, niezdolnym do żadnego figla ze swojej
własnej strony.

Na nieszczęście dla monetaryzmu jego analiza była po prostu
zła. A jeszcze większym nieszczęściem i dla tej teorii, i dla
ogromnej rzeszy ludzi było to, że okazała się ona niewypałem
nie tylko w wymiarze teoretycznym, ale i w życiu. Monetaryzm
został narzucony zarówno Stanom Zjednoczonym, jak i Wielkiej
Brytanii we wczesnych latach osiemdziesiątych, z katastrofalnymi
skutkami. Ponieważ rząd Thatcher najbardziej ochoczo zastosował
monetarystyczne dogmaty w 1979 roku, skupimy się na tej ekipie (takie
same podstawowe zjawiska występowały również pod rządami
Reagana).

Po pierwsze, próba kontrolowania podaży pieniądza się nie
powiodła, jak to zostało przepowiedziane w 1970 roku przez
radykalnego keynesistę Nicholasa Kaldora (na przykład zobacz
jego esej „The New Monetarism” w pracy Further
Essays on Applied Economics
). A to dlatego, że podaż pieniędzy
jest nie tyle regulowana przez bank centralny czy państwo (jak
twierdził Friedman), ile raczej jest funkcją popytu na kredyt,
który sam w sobie jest funkcją aktywności ekonomicznej. Używając
terminologii ekonomicznej, Friedman zakładał, że podaż pieniądza
jest „egzogenna”, a więc wyznaczana poza
gospodarką przez państwo, podczas gdy faktycznie jest ona „endogenna”
ze swej natury (tzn. pochodzi od gospodarki). Znaczy to,
że każda próba kontrolowania podaży pieniądza zawiedzie.
Charles P. Kindleburger komentuje:

„W uogólnieniu historycznym można rzec, że w każdych
czasach władze stabilizują lub kontrolują pewną ilość
pieniędzy. . . w chwilach euforii więcej zostanie
wyprodukowane. Albo, jeżeli definicja pieniądza zostanie
sztywno ustalona w kategoriach konkretnego majątku, i zdarzy
się euforia, by ‚spieniężyć’ kredyt nowymi sposobami, które
są wykluczone przez tę definicję, ilość pieniądza
zdefiniowanego starym sposobem nie będzie rosła, ale wzrośnie
jego szybkość /…/ ustal jakąkolwiek [definicję pieniądza],
a rynek stworzy w okresach boomu nowe formy pieniądza, aby
obejść ograniczenia”
[Mania, panika i krach].

Doświadczenia administracji Thatcher i Reagana doskonale to
potwierdzają. Rząd Margaret Thatcher nie mógł osiągnąć
kontroli nad pieniądzem, jaką sobie założył — wzrost wynosił
74%, 37% i 23% ponad górne granice zakresów ustalonych w 1980
roku [Ian Gilmore, Tańczenie z dogmatami]. Trwało to aż
do 1986 roku, kiedy to rząd torysów zaprzestał ogłaszania
planów realizacji celów monetarystycznych, przekonany bez
cienia wątpliwości swoją niezdolnością do ich realizacji. Do
tego jeszcze zmiany podaży pieniądza pokazały, że
argumentacja Miltona Friedmana na temat przyczyn inflacji była również
zła. Wedle jego teorii, inflacja jest powodowana przez szybszy
wzrost podaży pieniądza niż gospodarki, ale inflacja spadła
, gdy wzrosła podaż pieniądza. Jak wykazuje umiarkowany
konserwatysta Ian Gilmore, „gdyby monetaryzm Friedmana
/…/ był słuszny, inflacja wynosiłaby około 16% w latach
1982-3, 11% w 1983-4 i 8% w 1984-5. Faktycznie /…/ w owych
latach nigdy się ona nie przybliżyła do poziomów nieomylnie
wyznaczonych przez monetarystyczną doktrynę”
[Op.
Cit.
]. Natomiast z anarchistycznego punktu widzenia spadek
inflacji był rezultatem wysokiego bezrobocia w tym okresie, gdyż
osłabiło ono świat pracy, pozwalając przez to na robienie
zysków raczej w produkcji niż w obiegu (patrz sekcja C.7.1). Gdy kapitaliści już
nie muszą utrzymywać swoich zysków przy pomocy podwyżek cen,
inflacja w naturalny sposób się zmniejsza, gdyż pozycja
przetargowa świata pracy zostaje osłabiona masowym bezrobociem.
Zamiast być – jak twierdził Friedman – zjawiskiem czysto
monetarnym, inflacja jest wytworem potrzeby robienia zysków
przez kapitał i stanu walki klasowej.

Co jest także ciekawe, zauważamy, że nawet własny test
Friedmana na poprawność swej podstawowej argumentacji, jakim był
Wielki Kryzys lat 1929-33, okazał się błędny. Kaldor odnotował,
że „według cyfr przytoczonych osobiście przez samego
Friedmana, ilość ‚mocnego pieniądza’ /…/ w Stanach
Zjednoczonych zwiększyła się a nie zmniejszyła w ciągu
Wielkiego Kryzysu: w lipcu 1932 była ona o ponad 10 procent wyższa
niż w lipcu 1929 /…/ Wielkie skurczenie się podaży pieniądza
/…/ wystąpiło
pomimo tego wzrostu zasobów
monetarnych”
[Op. Cit.]. Inni ekonomiści również
badali tezy Friedmana, z podobnym rezultatem — „Peter
Temin nie zgadzał się z Friedmanem i Schwartzem, podchodząc do
sprawy z keynesowkiego punktu widzenia [w książce
Czy
siły monetarne spowodowały Wielki Kryzys?
]. Zadał
pytanie: Czy zmniejszenie się wydatków wynikało ze
zmniejszenia się podaży pieniądza, czy też przyszło inną
drogą? /…/ [Odkrył, że] podaż pieniądza nie tylko się nie
zmniejszyła, ale tak naprawdę wzrosła o 5 procent między
sierpniem 1929 a sierpniem 1931 /…/ Temin doszedł do wniosku,
że nie ma żadnych dowodów na to, że to waluta spowodowała
depresję w okresie między krachem na giełdzie a /…/ wrześniem
1931 roku”
[Charles P. Kindleburger, Op. Cit.].

Mówiąc inaczej, łańcuch przyczynowo-skutkowy prowadzi od
rzeczywistej gospodarki do pieniądza, a nie odwrotnie, zaś
oscylacje podaży pieniądza wynikają z oscylacji w gospodarce.
Jeżeli podaż pieniądza jest endogenna – a tak jest – to można
tego oczekiwać. Próby kontrolowania podaży pieniądza, co
wynika z konieczności, nie powiodą się, a jedyne dostępne
narzędzie przyjmie formę podnoszenia stóp procentowych. To
ograniczy inflację na przykład tłumiąc inwestycje, rodząc
bezrobocie, a więc (w końcu) zmniejszając wzrost płac. Co właśnie
się wydarzyło w latach osiemdziesiątych. Próby „kontrolowania”
podaży pieniądza faktycznie oznaczały zwiększanie stóp
procentowych do krańcowo wysokich poziomów, co pomogło
wytworzyć najgorszą depresję od czasu zakończenia wojny (depresję,
której Friedman zupełnie nie umiał przewidzieć).

Zważywszy na absolutne fiasko monetaryzmu, zarówno w teorii,
jak i w praktyce, niewiele się o nim mówi teraz. Jednakże w
latach siedemdziesiątych [a w Polsce – do końca lat dziewięćdziesiątych!]
był to czołowy dogmat ekonomiczny prawicy — prawicy, która
zwykle lubi przedstawiać siebie jako mocną w dziedzinie
gospodarki. Pożyteczne jest więc ukazanie, że tak nie jest. Na
dodatek omawiamy klęskę monetaryzmu głównie w celu
uwypuklenia problemów z rozwiązaniem kwestii państwowej
kontroli pieniądza w postaci „wolnej bankowości”.
Ta szkoła myślenia jest kojarzona z „austriacką”
szkołą ekonomii, i prawicowymi libertarianami w ogóle (omawiamy
tę teorię też w sekcji F.10.1).
Opiera się ona na totalnej prywatyzacji systemu bankowego i
stworzeniu systemu, w którym banki i inne prywatne przedsiębiorstwa
konkurują na rynku o to, ażeby ich monety i banknoty zostały
zaakceptowane przez ogół ludności. Stanowisko to nie jest tym
samym, co anarchistyczna bankowość wzajemnej pomocy, gdyż jest
postrzegane nie jako sposób zredukowania lichwy do zera, ale
raczej jako środek zapewniający, że stopy procentowe będą
funkcjonowały tak, jak się o nich twierdzi w kapitalistycznej
teorii.

Szkoła „wolnej bankowości” przekonuje, że pod
naciskiem konkurencji banki utrzymywałyby stuprocentową
proporcję między kredytami, jakich udzielają, a pieniędzmi,
jakie puszczają w obieg wraz z faktycznie posiadanymi rezerwami
(tzn. siły rynkowe położyłyby kres bankowości ze zdawkowymi
rezerwami). Zwolennicy tej szkoły przekonują, że w obecnym
systemie banki mogą wytworzyć więcej kredytów od dostępnych
sobie funduszy i rezerw. To spycha stopę procentową poniżej
„stopy naturalnej” (tzn. takiej stopy, która równa
oszczędności z inwestycjami). Kapitaliści, błędnie
poinformowani przez sztucznie niskie stopy procentowe
intensywniej inwestują w wyposażenie kapitałowe, a to w końcu
owocuje kryzysem, spowodowanym przez przeinwestowanie („austriaccy”
ekonomiści nazywają to „złym inwestowaniem”).
Przekonuje się, że gdyby banki zostały poddane działaniu sił
rynkowych, to wtedy nie wydawałyby w formie kredytów pieniędzy
bez pokrycia, stopy procentowe odzwierciedlałyby stopę
rzeczywistą, a więc przeinwestowanie, czyli i kryzysy, stałyby
się sprawą przeszłości.

Jednak ta analiza jest błędna. Powyżej odnotowaliśmy jeden
błąd, mianowicie taką kwestię, iż stopy procentowe nie
dostarczają wystarczającej ani prawidłowej informacji do
podejmowania decyzji inwestycyjnych. Zatem względne
przeinwestowanie wciąż mogłoby występować. Inny kłopot wypływa
z naszej dyskusji o monetaryzmie – a mianowicie endogenny
charakter pieniądza i wynikające z tego naciski na banki. Znany
post-keynesowki ekonomista Hyman Minsky sporządził analizę, która
daje nam wgląd w to, dlaczego jest wątpliwe, czy nawet system
„wolnej bankowości” oparłby się pokusie tworzenia
pieniądza kredytowego (tzn. pożyczania sum większych od dostępnych
oszczędności). Ten model jest często zwany „hipotezą
niestabilności finansowej”
.

Przypuśćmy, że gospodarka wchodzi w okres ożywienia po
krachu. Początkowo firmy będą ostrożne w swoich inwestycjach,
podczas gdy banki będą pożyczać w granicach swoich oszczędności
i to tylko na inwestycje o niskim ryzyku. W ten sposób banki
rzeczywiście zapewnią, że stopa procentowa będzie
odzwierciedleniem stopy naturalnej. Jednakże połączenie
rozwijającej się gospodarki i ostrożnie finansowanych
inwestycji oznacza sukces większości projektów. I stopniowo
stanie się to jasne dla kapitalistów, menedżerów i bankierów.
W rezultacie zarówno menedżerowie, jak i bankierzy dojdą do
wniosku, że obecne opłaty za ryzyko są nadmiernie wysokie.
Nowe projekty inwestycyjne będą oszacowywane przy wykorzystaniu
mniej ostrożnych ocen przyszłych wpływów kasowych. Będą to
podwaliny nowego boomu i jego ewentualnego załamania się. Według
słów Minsky’ego, „stabilność destabilizuje”.

Gdy gospodarka zaczyna się rozwijać, przedsiębiorstwa coraz
bardziej zwracają się do zewnętrznych źródeł finansowania.
I fundusze te nadchodzą, ponieważ sektor bankowy podziela zwiększony
optymizm inwestorów. Nie zapominajmy, że banki to również
prywatne przedsiębiorstwa, a więc też szukają zysków.
Dostarczanie kredytów jest dla nich kluczową metodą zdobywania
zysków, a więc banki zaczynają dogadzać swoim klientom, a
muszą to robić przy pomocy zwiększania kredytów. Gdyby tak
nie postępowały, boom szybko obróciłby się w kryzys, gdyż
inwestorzy nie mieliby żadnych dostępnych dla siebie funduszy,
a stopy procentowe by wzrosły, zmuszając zatem firmy do
wydawania więcej na spłatę długów. Dla wielu firm mogłoby
to być bardzo trudne lub niemożliwe. To z kolei zdusiłoby
inwestycje, więc i produkcję, rodząc bezrobocie (gdyż przedsiębiorstwa
nie mogą „pozwalniać” inwestycji tak łatwo, jak mogą
pozwalniać pracowników), a przez to ograniczając popyt na
towary konsumpcyjne na równi z popytem na inwestycje, a zatem
pogłębiając kryzys.

Natomiast dzięki rozkwitającej gospodarce bankierzy dogadzają
swoim klientom i raczej produkują kredyt niż podwyższają
stopy procentowe. W ten sposób akceptują tak dla siebie, jak i
dla swoich klientów obciążenia „które w klimacie trzeźwiejszych
oczekiwań zostałyby odrzucone”
[Minsky, Inflacja,
recesja i polityka gospodarcza
]. Innymi słowy, banki
wprowadzają innowacje swoich „produktów” finansowych
po linii popytu. Firmy zwiększają swoje zadłużenie, a banki
pozwalają na to z otwartymi ramionami z powodu występowania
niewielu oznak przeciążenia finansowego w gospodarce.
Pojedyncze firmy i banki zwiększają swoje obciążenia
finansowe, a więc cała gospodarka podnosi swoje pasywa.

Ale w końcu stopy procentowe się podnoszą (gdyż istniejące
rozmiary kredytu okazują się zbyt wysokie), a to dotyka
wszystkich firm, od najbardziej ostrożnych do najbardziej
spekulujących, i „wpycha” je w jeszcze większe zobowiązania
(ostrożne firmy już dłużej nie mogą tak łatwo spłacać
swoich długów, mniej ostrożne nie płacą ich itp.). Margines
błędu zawęża się i firmy oraz banki stają się mniej
odporne na nieoczekiwane trudności, takie jak nowa konkurencja,
strajki, inwestycje nie dające oczekiwanej stopy zwrotów,
trudności przy otrzymywaniu kredytu, podwyżki stóp
procentowych itp. Na koniec boom przeradza się w kryzys, a firmy
i banki bankrutują.

Szkoła „wolnej bankowości” odrzuca to twierdzenie
i przekonuje, że prywatne banki, pozostające ze sobą w
konkurencji nie postępowałyby tak, gdyż mogłoby to je
uczynić mniej konkurencyjnymi na rynku, a więc klienci
odwiedzaliby inne banki (jest to to samo zjawisko, dzięki któremu
inflacja zostałaby zlikwidowana przez system „wolnej
bankowości”). Jednakże banki wprowadzają innowacje właśnie
dlatego, że ze sobą konkurują — gdyby tak nie robiły,
to uczyniłby to inny bank albo spółka w celu zdobycia większych
zysków. Można to wywnioskować z faktu, że „banknoty
/…/ i weksle /…/ z początku były wprowadzane z powodu
nieelastycznej podaży monety”
[Kindleburger, Op. Cit.]
i „jakikolwiek niedobór powszechnie używanych typów [pieniądza]
skłania do wprowadzania nowych typów; rzeczywiście, w ujęciu
historycznym to właśnie w ten sposób pojawiły się pierwsze
banknoty i czeki”
[Kaldor, Op. Cit.].

Takie zjawisko w toku można zobaczyć w dziele Adama Smitha Bogactwo
narodów
. Szkocja w czasach Smitha opierała się na systemie
konkurujących ze sobą banków, i, jak Smith zauważa, wypuszczały
one więcej pieniędzy niż spoczywało ich w bankowych
skrzyniach:

„Chociaż niektóre z tych papierów [wypuszczanych
przez banki] stale powracają jako wpłaty, część z nich
dalej krąży miesiącami i latami. Dlatego choć ma on [bankier]
na ogół w obiegu banknoty o łącznej sumie do stu tysięcy
funtów, to dwadzieścia tysięcy funtów w złocie i srebrze
często może być wystarczającym zabezpieczeniem w razie
odpowiadania na sporadyczne zlecenia wypłat”
[Bogactwo
narodów
].

Ujmując to inaczej, system konkurencyjnej bankowości
faktycznie nie wyeliminował operacji bankowych ze zdawkowymi
rezerwami. Jak na ironię, Smith zauważył, że „Bank
Angielski drogo zapłacił nie tylko za swoją własną
nieroztropność, ale też za o wiele większą nieroztropność
prawie wszystkich [sic!] szkockich banków”
[Op. Cit.].
Zatem bank centralny był ostrożniejszy w rozdawaniu kredytów
niż banki pracujące w warunkach nacisków ze strony konkurencji!
Rzeczywiście, Smith przekonuje, że towarzystwa bankowe
faktycznie nie działały według swoich interesów, jak to się
zakłada w szkole „wolnej bankowości”:

„gdyby każde pojedyncze towarzystwo bankowe
zawsze rozumiało swe własne jednostkowe interesy i służyło
im, to obieg nigdy by nie został przeciążony papierowymi
pieniędzmi. Ale nie każde pojedyncze towarzystwo bankowe
zawsze rozumiało i służyło swym własnym jednostkowym
interesom, i obieg często był przeciążany papierowymi
pieniędzmi”
[Op. Cit.].

Zatem mamy tutaj operacje na rezerwach bankowych plus bankierów
działających w sposób przeciwny ich „jednostkowym
interesom”
(tzn. temu, co ekonomia uznaje za ich
prawdziwy interes własny, a nie temu, o czym bankierzy chwilowo
myśleli, że jest ich interesem własnym!) w systemie
konkurencyjnej bankowości. Dlaczego mogło się tak dziać?
Smith wymienia mimochodem możliwy powód. Zauważa, że „przy
wysokich zyskach z handlu można było sobie pozwolić na wielką
pokusę nadmiaru transakcji „
, i że chociaż „rozmnożenie
się towarzystw bankowych /…/ zwiększa bezpieczeństwo
klienteli”
, zmuszając ją „by była ostrożniejsza
w swoim postępowaniu”
, to także „zobowiązuje
wszystkich bankierów, ażeby byli bardziej liberalni w
traktowaniu swoich klientów – żeby ich rywale im ich nie
odebrali”
[Op. Cit.].

Zatem „wolna bankowość” jest popychana w dwóch
kierunkach naraz – dogadzania swoim klientom, choć też ostrożności
wobec ich działań. Który czynnik by przeważył – to by zależało
od stanu gospodarki; jego poprawy wywoływałyby pobłażliwość
w pożyczaniu (jak to opisał Minsky). Ponadto wiedząc, że szkoła
„wolnej bankowości” przekonuje, iż dawanie kredytów
bez pokrycia wytwarza cykl koniunkturalny, przypadek Szkocji
wskazuje wyraźnie, że konkurencyjna bankowość faktycznie nie
powstrzymuje dawania kredytów (a więc – idąc według teorii
„austriackiej” – także i cyklu koniunkturalnego).
Wydaje się, iż tak właśnie rzecz się miała w przypadku
dziewiętnastowiecznej Ameryki, która nie posiadała banku
centralnego przez większość stulecia — „cykle rozkwitów
były również nadzwyczajne [podobnie jak zapaści], napędzane
przez luźne kredyty i ponaginane notowania walut (takich jak
banknoty wypuszczane przez osoby prywatne)”
[Doug
Henwood, Wall Street].

Większość zwolenników „wolnej bankowości”
przekonuje też, że nieuregulowane systemy wolnej bankowości były
bardziej niestabilne niż uregulowane. Być może tak jest, ale
to by oznaczało, że uregulowane systemy nie mogłyby do woli
dogadzać swoim klientom stwarzając kredyty, i wynikający z
tego sztywny reżim monetarny przysporzyłby kłopotów zwiększając
stopy procentowe i ograniczając ilość dostępnego pieniądza,
co zaowocowałoby kryzysem, i to raczej prędzej niż później.
Tak więc całkowita podaż kredytów tak naprawdę nie tyle jest
przyczyną, ile raczej objawem kryzysu. Konkurencja o
inwestycje także napędza postępy cyklu koniunkturalnego, na co
zyskuje pozwolenie i zachętę ze strony banków konkurujących o
dostarczanie kredytu. Te zjawiska uzupełniają — a więc i
wzmacniają — inne obiektywne tendencje do kryzysu, takie jak
przeinwestowanie i dysproporcje.

Inaczej mówiąc, czysto „wolnorynkowy” kapitalizm
nadal by się składał z cyklów koniunkturalnych, a są one
powodowane przez naturę kapitalizmu, nie zaś przez interwencję
państwa. W rzeczywistości (tzn. w „faktycznie istniejącym”
kapitalizmie) państwowe manipulacje pieniędzmi (za pomocą stóp
procentowych) mają zasadnicze znaczenie dla klasy kapitalistów,
gdyż są bardziej związane z działalnością pośrednio rodzącą
zyski, taką jak zapewnianie „naturalnego” poziomu
bezrobocia w celu utrzymywania zwyżki zysków, znośnego poziomu
inflacji dla zapewniania zwiększonych zysków i tak dalej – jak
również z dostarczaniem środków do łagodzenia cyklu
koniunkturalnego, organizowaniem poręczeń finansowych i
wstrzykiwaniem pieniędzy w gospodarkę w chwilach paniki. Gdyby
państwowe manipulacje pieniędzmi były przyczyną problemów
kapitalizmu, nie ujrzelibyśmy sukcesów gospodarczych
powojennego eksperymentu Keynesowskiego ani cykli
koniunkturalnych w czasach przed Keynesem albo w krajach mających
system bardziej zbliżony do wolnej bankowości (na przykład
prawie połowa schyłku XIX wieku w Stanach Zjednoczonych została
zmarnowana na okresy recesji i depresji, a – dla porównania – po
zakończeniu drugiej wojny światowej tylko jedna piąta).

Jest prawdą, że wszystkie kryzysy były poprzedzane przez
spekulacyjne nasilanie się tworzenia i rozdawania kredytów. Nie
znaczy to jednak, że kryzys jest wynikiem spekulacji i
rozwoju kredytów. Związek ten w przypadku wolnorynkowego
kapitalizmu nie ma charakteru przyczynowo-skutkowego.
Rozszerzanie i kurczenie się kredytów to zwykłe objawy
okresowych zmian podczas cyklu koniunkturalnego, gdyż
zmniejszanie się rentowności kurczy kredyty, tak samo jak jej
wzrost je rozszerza.

Poprawną analizę przedstawia Paul Mattick:

„Polityka pieniężna i kredytowa sama w sobie nie
może nic zmienić w sprawach rentowności czy też
niedostatecznych zysków. Zyski pochodzą tylko z produkcji,
od wartości dodatkowej wytwarzanej przez robotników /…/
Rozmnażanie się kredytów zawsze było uważane za zwiastun
nadchodzącego kryzysu, w tym znaczeniu, że odzwierciedlało
ono podejmowane przez pojedyncze podmioty kapitałowe próby
ekspansji pomimo zaostrzającej się konkurencji, a więc
przetrwania kryzysu /…/ Chociaż mnożenie się kredytów
odsuwa kryzys na krótki czas, to jeszcze nigdy mu nie
zapobiegło, ponieważ w ostatecznym rozrachunku decydującym
czynnikiem jest rzeczywisty stosunek między całkowitą sumą
zysków a potrzebami społecznego kapitału, by rozszerzać
posiadaną wartość. A tego nie można zmienić kredytami”

[Ekonomia, polityka i wiek inflacji].

Mówiąc krótko, obrońcy „wolnorynkowego”
kapitalizmu mylą objawy choroby z samą chorobą.

Gdy ktoś nie ma na widoku żadnych zysków, nie będzie szukał
kredytu. Chociaż rozszerzanie się systemu kredytowego „może
być czynnikiem opóźniającym kryzys, to faktyczny początek
kryzysu czyni go czynnikiem pogarszającym sytuację, z powodu
wielkich ilości kapitału, które muszą zostać zdewaluowane”

[Paul Mattick, Kryzys gospodarczy i teoria kryzysów]. Ale
jest to też problem dotykający prywatnych przedsiębiorstw
wykorzystujących parytet złota, tak zalecany przez prawicowych
libertarian (którzy są zwolennikami „wolnorynkowego”
kapitalizmu i wolnej bankowości). Podaż pieniądza
odzwierciedla działalność gospodarczą w kraju, a jeśli ta
podaż nie może się uporządkować, stopy procentowe podnoszą
się i wywołują kryzys. Stąd potrzeba giętkiej podaży pieniądza
(tak upragnionej na przykład przez amerykańskich
indywidualistycznych anarchistów). Adam Smith przedstawił to
tak: „ilość monety w każdym kraju jest regulowana
przez wartość towarów, które dzięki niej mają krążyć:
podwyższcie ową wartość a /…/ dodatkowa ilość monety
wymagana do obiegu tej wartości [znajdzie się] „
[Op.
Cit.
].

Pieniądz zdawkowy był powoływany do życia ponieważ pieniądz
mający pokrycie w towarach okazywał się zbyt sztywny, by nim
zaspokajać potrzeby, gdyż „rozszerzanie się produkcji
czy handlu, któremu nie towarzyszy wzrost ilości pieniądza
musi spowodować spadek poziomu cen /…/ Pieniądz zdawkowy był
tworzony w dawnych czasach, by chronić handel przed wymuszonymi
obniżkami cen, jakie towarzyszyły wykorzystaniu monet ze
szlachetnych kruszców, gdy rozmiary biznesu się powiększały
/…/ Moneta ze szlachetnego kruszcu to nieodpowiedni pieniądz właśnie
dlatego, że jest towarem i jego ilość nie może zostać zwiększona
dowolnie. Ilość dostępnego złota może zostać zwiększona o
kilka procent rocznie, ale nie o tyle tuzinów w ciągu kilku
tygodni, ile mogłoby być konieczne do przeprowadzenia gwałtownego
rozrostu transakcji. Pod nieobecność pieniądza zdawkowego
biznes musiałby zostać albo ukrócony, albo też prowadzony
przy znacznie niższych cenach, powodując przez to kryzys i rodząc
bezrobocie”
[Karl Polanyi, Wielka transformacja].

Podsumowując, „to nie kredyt, lecz tylko umożliwiony
przezeń wzrost produkcji jest tym, co zwiększa wartość
dodatkową. Zatem to stopa wyzysku wyznacza ekspansję kredytów”

[Paul Mattick, Ekonomia, polityka i wiek inflacji]. Tak więc
ilość pieniądza zdawkowego będzie się zwiększała i
zmniejszała w zależności od kapitalistycznej rentowności –
tak jak to przewidziała kapitalistyczna teoria ekonomiczna. Ale
to nie może mieć wpływu na cykl koniunkturalny, którego
korzenie tkwią w produkcji dla kapitału (tj. w zyskach) i
kapitalistycznych stosunkach władzy, od których podaż kredytów
w oczywisty sposób jest uzależniona, a nie na odwrót.

LEAVE A COMMENT