C.9.3 Czy „elastyczne” rynki pracy są właściwą odpowiedzią na bezrobocie?

  faq

Zwyczajowym argumentem neoliberałów jest to, że aby rozwiązać problem bezrobocia, rynki pracy muszą się stać bardziej „elastyczne”. Stanie się tak dzięki osłabieniu związków zawodowych, ograniczeniu (albo zniesieniu) państwa opiekuńczego itp. Jednakże powinniśmy zaznaczyć, że obecne argumenty na rzecz większej „elastyczności” na rynku pracy wydają się nieco oszukańcze. Przekonuje się, że przez zwiększenie elastyczności, uczynienie rynku pracy bardziej „doskonałym” tak zwana „naturalna” stopa bezrobocia spadnie (mówi się, że jest to stopa, przy której zaczyna się rozpędzać inflacja), a więc bezrobocie będzie mogło spadać bez wywoływania przyśpieszenia tempa inflacji. Oczywiście nie wspomina się tego, że prawdziwym źródłem inflacji jest dążenie kapitalistów do utrzymywania wysokiego poziomu swoich zysków (ostatecznie zyski, w przeciwieństwie do płac, mają być maksymalizowane w celu uzyskania większej pomyślności dla wszystkich). Nie wspomina się także, że historia elastyczności rynku pracy jest cokolwiek sprzeczna z teorią:

„okazuje się, że dopiero stosunkowo niedawno utrzymywanie większej elastyczności amerykańskich rynków pracy wyraźnie doprowadziło do lepszych wyników pod względem niższego bezrobocia, pomimo faktu, że owa elastyczność nie jest nowym zjawiskiem. Na przykład porównując Stany Zjednoczone z Wielką Brytanią dowiadujemy sie, że w latach sześćdziesiątych bezrobocie w USA wynosiło średnio 4,8%, zaś w Wielkiej Brytanii 1,9%; w latach siedemdziesiątych stopa bezrobocia Stanów Zjednoczonych wzrosła do 6,1%, a Wielkiej Brytanii do 4,3%, i dopiero w latach osiemdziesiątych kolejność ta została odwrócona – w Stanach bezrobocie wynosiło średnio 7,2%, zaś w Wielkiej Brytanii około 10% /…/ Zauważmy, że to odwrócenie się kolejności w latach osiemdziesiątych nastąpiło pomimo wszystkich najlepszych wysiłków pani Thatcher na rzecz stworzenia elastyczności rynku pracy /…/ Jeżeli elastyczność rynku pracy jest ważna przy objaśnianiu poziomu bezrobocia /…/ to dlaczego poziom ten pozostaje tak niezmiennie wysoki w Anglii, kraju, gdzie zostały przedsięwzięte aktywne środki w celu stworzenia elastyczności?” [Keith Cowling i Roger Sugden, Poza kapitalizmem].

Jeżeli spojrzymy na ułamek siły roboczej w Ameryce bez zatrudnienia, odkrywamy, że w 1969 roku wynosił on 3,4% (7,3% włączając zatrudnionych w niepełnym wymiarze) i wzrósł do 6,1% w 1987 (16,8% z zatrudnionymi w niepełnym wymiarze). Wykorzystując nowsze dane, odkrywamy, że stopa bezrobocia wynosiła przeciętnie 6,2% w latach 1990-97 w porównaniu z 5,0% w okresie 1950-1965. Mówiąc inaczej, „elastyczność” rynku pracy nie zmniejszyła poziomu bezrobocia, faktycznie „elastycznym” rynkom pracy towarzyszy wyższy poziom bezrobocia.

Oczywiście porównujemy tutaj różne okresy. Wiele się zmieniło od lat sześćdziesiątych do dziewięćdziesiątych, a więc porównywanie tych okresów nie może stanowić pełnej odpowiedzi. Wzrost elastyczności i jednoczesne zwiększenie się bezrobocia mimo wszystko mogą nie mieć ze sobą związku. Natomiast spoglądając na różne kraje w tym samym okresie możemy zobaczyć, czy „elastyczność” naprawdę ogranicza bezrobocie. Jak zauważa pewien brytyjski ekonomista, sprawa może przedstawiać się zupełnie inaczej:

„Jawne bezrobocie jest oczywiście niższe w Stanach Zjednoczonych. Ale gdy pozwolimy sobie na uwzględnienie wszystkich form braku zatrudnienia [takich jak zatrudnienie niepełne, bezrobotni pracownicy, którzy jako tacy nie są oficjalnie zarejestrowani itp.], to różnica między Europą a Stanami Zjednoczonymi jest niewielka: między 1988 a 1994 r. 11 procent mężczyzn w wieku od 25 do 55 lat nie pracowało we Francji, w porównaniu z 13 procentami w Wielkiej Brytanii, 14 procentami w Stanach Zjednoczonych i 15 procentami w Niemczech” [Richard Layard, cytowany przez Johna Graya w Fałszywym brzasku].

Do tego jeszcze wszystkie oszacowania amerykańskiego bezrobocia muszą brać pod uwagę odsetek więźniów w Ameryce. Ponad milion ludzi szukałoby pracy, gdyby amerykańskie prawo karne przypominało prawo karne stosowane przez jakikolwiek inny kraj zachodni [John Gray, Op. Cit.].

Rozpatrując okres od 1983 do 1995 roku, odkrywamy, że około 30 procent ludności europejskich krajów OECD żyło w państwach o średniej stopie bezrobocia niższej niż w Stanach Zjednoczonych, a około 70 procent w państwach o niższym bezrobociu niż w Kanadzie (w której proporcjonalne płace są tylko trochę mniej elastyczne niż w Stanach Zjednoczonych). Co więcej, kraje europejskie o najniższej stopie bezrobocia nie słynęły ze swej elastyczności płac (Austria 3,7%, Norwegia 4,1%, Portugalia 6,4%, Szwecja 3,9% i Szwajcaria 1,7%). Anglia, która prawdopodobnie posiadała najbardziej elastyczny rynek pracy, miała średnią stopę bezrobocia wyższą niż połowa Europy. Zaś na stopę bezrobocia w Niemczech silnie wpłynęły obszary byłego NRD. Patrząc jedynie na landy dawnych Niemiec Zachodnich, dowiadujemy się, że bezrobocie między 1983 a 1995 wynosiło 6,3% – a dla porównania 6,6% w Stanach Zjednoczonych (i 9,8% w Wielkiej Brytanii).

Więc może „elastyczność” nie jest wcale rozwiązaniem problemu bezrobocia, jak niektórzy twierdzą (mimo wszystko, brak państwa opiekuńczego w XIX wieku nie powstrzymał występowania bezrobocia ani też długotrwałych depresji). Doprawdy, można postawić tezę, że wyższe jawne bezrobocie w Europie ma o wiele mniej wspólnego ze „sztywnymi” strukturami i „rozpieszczonymi” obywatelami niż z podatkową i monetarną bezwzględnością wymaganą przez proces zjednoczenia kontynentu, wyrażoną traktatem z Maastricht. A ponieważ ten traktat ma poparcie większej części europejskiej klasy rządzącej, to takie wyjaśnienia usuwa się z dyskusji politycznych.

Ponadto gdy spoglądamy na uzasadnienia kryjące się za „elastycznością”, odkrywamy dziwny fakt. Chociaż rynek pracy ma być bardziej „uelastyczniony” i w zgodzie z ideałem „doskonałej konkurencji”, to ze strony kapitalistów brak jakiejkolwiek próby dostosowania go do tego modelu. Nie zapominajmy, że doskonała konkurencja (teoretyczny warunek, według którego wszystkie zasoby, z pracą włącznie, będą skutecznie wykorzystywane) oznacza, iż musi istnieć duża liczba sprzedawców i nabywców. Dzieje się tak w przypadku sprzedawców na „elastycznym” rynku pracy, ale nie dzieje się w przypadku nabywców (tutaj, jak wskazaliśmy w sekcji C.4, panuje oligopol). Większość z tych, którzy preferują „elastyczność” rynku pracy jest zarazem najbardziej przeciwko rozpędzeniu wielkiego biznesu i rynków oligopolistycznych czy też powstrzymaniu fuzji między dominującymi przedsiębiorstwami na tych samych i różnych rynkach. Model wymaga, by obydwie strony były „elastyczne”, dlaczego więc się oczekuje, że „uelastycznienie” jednej strony będzie miało pozytywny wpływ na całość? Nie ma żadnego logicznego powodu, aby oczekiwać, że tak się stanie. W istocie, wraz z wynikającym z tego przesunięciem władzy na rynku pracy sprawy mogą ulec pogorszeniu, gdyż dochody są przenoszone od świata pracy do kapitału. To trochę tak, jakby oczekiwać, że nastąpi pokój między dwiema wojującymi stronami rozbrajając jedną z nich i przekonując, że pokojowe nastawienie uległo dwukrotnemu wzrostowi, ponieważ liczba karabinów zmalała o połowę! Oczywiście jedynym „pokojem”, jaki wynikłby z tego, byłby spokój cmentarza podbitego narodu — podległość może uchodzić za pokój, jeżeli nie patrzy się dość dokładnie. W ostateczności nawoływania do „elastyczności” rynków pracy ukazują truizm, że w kapitalizmie świat pracy istnieje, ażeby odpowiadać wymaganiom kapitału (czyli żyjąca praca istnieje w celu dogadzania potrzebom martwej pracy, co jest naprawdę obłąkanym sposobem organizowania społeczeństwa).

Nic z tego wszystkiego nie jest niespodzianką dla anarchistów, gdyż uważamy, że „elastyczność” oznacza tylko osłabienie siły przetargowej świata pracy w celu zwiększenia władzy i zysków dla bogatych (stąd też wyrażenie „fleksploatacja”!). Zwiększonej elastyczności towarzyszy wyższe, nie niższe bezrobocie. I to znów nie jest niespodzianką, gdyż „elastyczny” rynek pracy to przede wszystkim taki, na którym pracownicy są zadowoleni, że mają w ogóle jakąkolwiek pracę oraz stawiają czoła zwiększonej niepewności co do swojej pracy (tak naprawdę „niepewność” byłaby uczciwszym słowem używanym do opisywania ideału konkurencyjnego rynku pracy niż „elastyczność”, ale przy takiej uczciwości wylazłoby szydło z worka). W takich warunkach siła pracowników zostaje zmniejszona, co oznacza, że kapitał dostaje większą część dochodu narodowego niż świat pracy, a pracownicy są mniej skłonni do obstawania przy swoich prawach. To zaś się przyczynia do spadku skumulowanego popytu, zwiększając w ten sposób bezrobocie. Na dodatek powinniśmy jeszcze odnotować, że „elastyczność” będzie miała niewielki wpływ na bezrobocie (chociaż nie na zyski), gdyż osłabienie pozycji przetargowej świata pracy może zaowocować raczej większym niż mniejszym bezrobociem. A to dlatego, że firmy mogą zwalniać „zbytecznych” pracowników do woli, zwiększać liczbę godzin pracy tym, którzy pozostają (paradoks przepracowania i bezrobocia to dokładny obraz tego, jak funkcjonuje kapitalizm), a stagnacja lub spadek płac ogranicza skumulowany popyt. Zatem paradoks wyższego bezrobocia powodowanego przez zwiększoną „elastyczność” jest paradoksem tylko w ramach ekonomii neoklasycznej. Z anarchistycznego punktu widzenia jest to akurat sposób działania systemu.

I musimy jeszcze dodać, że ilekroć rządy próbowały uczynić rynek pracy „w pełni konkurencyjnym”, zawsze było to albo rezultatem dyktatury (np. Chile za Pinocheta), albo występowało równocześnie ze wzrostem centralizacji władzy państwowej i zwiększaniem uprawnień policji i pracodawców (np. Anglia pod rządami Thatcher, USA za Reagana). Latynoamerykańscy prezydenci próbujący wprowadzać neoliberalizm w swoich krajach musieli pójść tą drogą i
„pastwić się nad demokratycznymi instytucjami, wykorzystując tradycyjną latynoamerykańską technikę rządzenia przy pomocy dekretów w celu obejścia parlamentarnej opozycji /…/ Prawa obywatelskie również zostały zgniecione. W Boliwii rząd usiłował rozproszyć związkową opozycję /…/ ogłaszając stan wyjątkowy i zamykając w więzieniach 143 przywódców strajkowych /…/ W Kolumbii rząd wykorzystał antyterrorystyczne ustawodawstwo w 1993 r., aby sądzić 15 przywódców związkowych przeciwnych prywatyzacji państwowej spółki telekomunikacyjnej. Podając najskrajniejszy przykład – prezydent Peru, Alberto Fujimori poradził sobie z kłopotliwym Kongresem po prostu rozwiązując go /…/ i przejmując nadzwyczajne uprawnienia” [Duncan Green, Cicha rewolucja].

Nie ma w tym nic dziwnego. Ludzie, kiedy się ich zostawi samym sobie, stworzą społeczności, będą się razem organizować, aby wspólnie dążyć do swego szczęścia, ochraniać swoje społeczności i środowisko. Mówiąc inaczej, uformują stowarzyszenia i związki, aby wpływać na decyzje, które ich dotyczą. W celu stworzenia „w pełni konkurencyjnego” rynku pracy jednostki muszą ulec atomizacji, a związki, społeczności i stowarzyszenia zostać osłabione, jeśli nie całkiem zniszczone w celu pełnej prywatyzacji życia. Władza państwowa musi zostać wykorzystana do ubezwłasnowolnienia szerokich rzesz ludności, ograniczenia ich wolności, kontrolowania ich organizacji i protestów społecznych, a przez to zapewnienia, żeby wolny rynek mógł funkcjonować bez przeciwstawiania się powodowanemu przezeń ludzkiemu cierpieniu, nieszczęściom i bólowi. Używając złowrogiego określenia Rousseau, ludzie „muszą zostać zmuszeni do bycia wolnymi”. A na nieszczęście dla neoliberalizmu kraje, które próbowały zreformować swój rynek pracy wciąż cierpią na wysokie bezrobocie, a do tego jeszcze zwiększone nierówności społeczne i ubóstwo, i nadal podlegają boomom i kryzysom cyklu koniunkturalnego.

W ostateczności – jedynym rzeczywistym rozwiązaniem problemu bezrobocia jest skończenie z pracą najemną i wyzwolenie ludzkości od roszczeń kapitału.

LEAVE A COMMENT