Sekcja C – Jakie mity obowiązują w kapitalistycznej ekonomii?

  faq

Ekonomia odgrywa ważną rolę ideologiczną w kapitalizmie.
Nauka ta jest wykorzystywana do budowania teorii, w której ucisk
i wyzysk są wykluczone z samej definicji. Będziemy tutaj próbować
wyjaśniać, dlaczego kapitalizm jest dojmującym wyzyskiem. A
dlaczego kapitalizm jest uciskiem pokazaliśmy gdzie indziej, w sekcji B, i tutaj nie będziemy się
powtarzać.

Ekonomia pod wieloma względami odgrywa taką rolę w
kapitalizmie, jaką w średniowieczu grała religia, mianowicie
dostarczając usprawiedliwienia dla panującego ustroju społecznego
i hierarchii (naprawdę pewien neoliberalny ekonomista powiedział,
że „dopóki ekonometrycy nie będą mieli dla nas
odpowiedzi, pokładanie zaufania w neoliberalnej teorii
gospodarczej pozostanie kwestią wiary”
, którą ten
ekonomista oczywiście miał [C.E. Ferguson, Neoklasyczna
teoria produkcji i dystrybucji
]). Podobnie jak w przypadku
religii, naukowe podstawy tej teorii zazwyczaj wykazują braki, a
ona sama bardziej opiera się na „porywach wiary” niż
na doświadczalnych faktach. W toku naszej dyskusji w tej sekcji
często będziemy obnażać apologetykę ideologiczną, jaką
uprawia kapitalistyczna ekonomia, by bronić dotychczasowego
stanu rzeczy i systemu ucisku i wyzysku, jaki on stwarza.

Doprawdy, do słabości ekonomii przyznają się nawet co
poniektórzy spośród samych ekonomistów. Zdaniem Paula
Ormeroda, „ortodoksyjna ekonomia jest pod wieloma względami
próżną skrzynką. Jej rozumienie świata jest podobne do tego,
jakie występowało w naukach przyrodniczych w średniowieczu.
Uzyskano trochę spostrzeżeń, które wytrzymują próbę czasu,
ale naprawdę jest ich bardzo mało, zaś całokształt podstaw
konwencjonalnej ekonomii jest głęboko błędny”
.
Ormerod ponadto zauważa „przytłaczające dowody
empiryczne przeciwko słuszności jej teorii”
[Śmierć
ekonomii
].

Rzadko widzi się tak uczciwego ekonomistę. Większość z
nich zdaje się być szczęśliwa kontynuując swoje teorie, próbujące
nagiąć życie do Madejowego łoża ich modeli. I, podobnie jak
dawni kapłani, ekonomiści utrudniają nie-akademikom podawanie
swoich dogmatów w wątpliwość. Jak zauważa Ormerod, „ekonomia
często onieśmiela. Specjaliści z tej dziedziny. . . wznieśli
wokół niej barierę żargonu i zawiłej matematyki, czyniącą
cały przedmiot trudnym do przeniknięcia dla niewtajemniczonych”

[Op. Cit.].

A więc próbujemy tutaj dostać się do serca nowoczesnego
kapitalizmu, przedzierając się przez ideologiczne mity, jakie
zwolennicy systemu stworzyli wokół niego. Obnażymy to, czym są
obrońcy kapitalizmu, obnażymy ideologiczną rolę ekonomii jako
środka usprawiedliwiania, a wręcz ignorowania wyzysku i ucisku.
Weźmy jako przykład pensje pracowników.

Dla większości kapitalistycznych ekonomistów dana płaca
przypuszczalnie jest równa „krańcowemu wkładowi”,
jaki dana jednostka wnosi do danego przedsiębiorstwa. Czy naprawdę
oczekuje się, że mamy w to wierzyć? Zdrowy rozsądek (i dowody
empiryczne) sugerują inaczej. Rozważmy pana Randa Araskoga,
prezesa zarządu ITT, który w 1990 roku dostawał wynagrodzenie
w wysokości 7 milionów dolarów. Czy można sobie wyobrazić, iż
księgowy ITT obliczył, że gdyby nic innego się nie zmieniło,
to dochody ITT, wynoszące tamtego roku 20,4 miliarda dolarów,
byłyby o siedem milionów mniejsze bez pana Araskoga — zatem
określając jego wkład krańcowy jako 7 milionów dolarów?

W 1979 roku przeciętny prezes zarządu w Stanach
Zjednoczonych otrzymywał 29 razy wyższy dochód niż przeciętny
robotnik przemysłowy; w 1985 ta proporcja podniosła się do 40
razy więcej, a w 1988 aż do 93. Ta niepokojąca tendencja
doprowadziła nawet konserwatywny tygodnik Business Week
do wniosku, że zbytki korporacyjnych przywódców mogą w końcu
wydostać się spod wszelkiej kontroli (Kevin Phillips, Polityka
bogatych i biednych: bogactwo a amerykański elektorat po
Reaganie
). Ostrzeżenie jednak zostało wyraźnie zlekceważone,
ponieważ już w 1990 roku przeciętny amerykański prezes zarządu
zarabiał sto razy więcej niż przeciętny robotnik fabryczny (Tom
Athanasiou, „After the Summit”, Socialist
Review
, 92/4 (October-December, 1992)). W tym samym okresie
realne płace robotników pozostawały bez zmian. Czy mamy wierzyć,
że w ciągu lat osiemdziesiątych krańcowy wkład prezesów
zarządów wzrósł ponad trzykrotnie, podczas gdy krańcowe wkłady
robotników pozostawały stałe?

Weźmy inny przykład. Jeżeli robotnicy tworzą jedynie równowartość
tego, co im się płaci, to jak można wytłumaczyć dlaczego (według
obecnego studium płac w branży komputerowej, przeprowadzonego
przez ACM) odkryto, że czarnym pracownikom płacono mniej (przeciętnie)
niż białym wykonującym tę samą pracę (nawet w tym samym zakładzie)?
Czy posiadanie białej skóry zwiększa zdolności twórcze
pracownika podczas wytwarzania tych samych dóbr? I jeszcze
wydaje się dziwnym zbiegiem okoliczności, że ludzie u władzy
w przedsiębiorstwie, obliczając, kto najwięcej wnosi do danego
wyrobu, dochodzą do wniosku, że to oni sami!

Zatem jaka jest przyczyna tych skrajnych różnic pod względem
płac? Mówiąc po prostu, jest nią totalitarny charakter
kapitalistycznych firm. Znajdujący się na dole w hierarchii spółki
nie mają nic do powiedzenia w kwestii tego, co się w niej
dzieje; więc byleby tylko udziałowcy byli szczęśliwi, różnice
płac będą rosły i rosły (zwłaszcza, gdy najwyższe
kierownictwo posiada dużą ilość udziałów!). (Totalitarny
charakter własności prywatnej został omówiony wcześniej —
patrz sekcja B.4).

Dobrym menedżerem jest taki, który ogranicza siłę
pracobiorców spółki, pozwalając na to, by coraz większa część
bogactwa wytwarzanego przez zatrudnionych przechodziła do tych
na górze. Ale bez kreatywności i energii inżynierów, robotników
w halach fabrycznych, personelu administracyjnego itd. spółka
nie miałaby literalnie nic do sprzedania.

To właśnie kapitalistyczne stosunki własności są tym, co
pozwala na taką monopolizację bogactwa przez tych, którzy
posiadają (albo szefów), ale nie produkują. Pracownicy nie
otrzymują pełnej wartości tego, co wytwarzają, ani nie mają
nic do powiedzenia w kwestii, jak wartość nadwyżki wytworzonej
przez ich pracę ma zostać wykorzystana (np. w sprawach decyzji
inwestycyjnych). Inni zmonopolizowali zarówno bogactwo
wytwarzane przez pracowników, jak i władzę podejmowania
decyzji w spółce. Jest to prywatna forma opodatkowania bez
przedstawicielstwa, tak samo jak spółka to prywatna forma
etatyzmu.

Oczywiście, można by było przekonywać, że klasa posiadająca
dostarcza kapitał, bez którego robotnik nie mógłby produkować.
Ale skąd pochodzi kapitał? Z zysków, które odpowiadają nieopłaconej
pracy poprzednich pokoleń. A jeszcze wcześniej? Z daniny sług
swoim panom feudalnym. A jeszcze wcześniej? Z prawa podboju, które
narzuciło chłopom feudalizm. A jeszcze wcześniej? W porządku,
doszliśmy do sedna sprawy. Każde pokolenie posiadaczy własności
dostaje „darmowy obiad” wskutek oczywistego faktu, że
dziedziczymy idee i ich interpretacje po przeszłych generacjach,
na przykład nasze obecne pojęcie praw własności. Kapitalizm kładzie
martwą rękę przeszłości na żyjących pokoleniach, dławiąc
indywidualność wielu dla przywileju nielicznych. To, czy złamiemy
to jarzmo i pójdziemy w nowym kierunku zależy od osób żyjących
teraz.

W najbliższych sekcjach wyjaśniamy bardziej szczegółowo
wyzysk jako istotę kapitalizmu. Chcielibyśmy zaznaczyć, że
dla anarchistów wyzysk nie jest ważniejszy niż dominacja.
Anarchiści w równym stopniu są przeciwni obojgu i uważają je
za dwie strony tej samej monety. Nie można mieć dominacji bez
wyzysku ani wyzysku bez dominacji. Jak zaznaczyła Emma Goldman,
w kapitalizmie:

„Człowiek jest obrabowywany nie tylko z produktów
swej pracy, ale też z siły wolnej inicjatywy, z oryginalności,
i z zainteresowania rzeczami, które robi, czy pragnienia ich
wykonywania”
[Mówi czerwona Emma].

LEAVE A COMMENT